Wadowice

n/a°C

" ... Największym niebezpieczeństwem jest,
kiedy się człowieka zniewala mówiąc mu jednocześnie
że czyni się go wolnym.
Temu musimy zapobiec." Karol Józef Wojtyła.
scorpion
kontakt wcieniusanpietro.blogspot.com zbyszekjurczak.pl wadowiceonline.pl pałacowy bajkopisarz blog dziadunia obywatel wadowic tatoo-krakow.com inicjatywawadowice.pl wadowickie ciekawostki cedron news
Start » "... Łajdacka polityka" » Ad vocem…
Ad vocem… czwartek, 3 Lipiec 2014, godz. 14:32

Lata minionej epoki…

Tej samej, w której Stanisław Kotarba tak swobodnie „wojażował” po Szwecji, Grecji, Stanach Zjednoczonych AP, Australii i do innych krajów…

Wadowiczanin, starszy już pan, na emeryturze, z dorobkiem ponad 40. letniego okresu ciężkiej, fizycznej pracy i to w jednej firmie, którą z rozkazu hitlerowskiego okupanta rozpoczął w wieku 12. lat, wyjeżdża na wycieczkę turystyczną, z biurem podróży. Do jednego z państw Układu Warszawskiego… Konkretnie do Węgierskiej Republiki Ludowej – bo chyba tak się to wtedy nazywało?
Dziesięć beztroskich – pierwszych w jego życiu – dni upływa mu na zwiedzaniu, głównie Budapesztu i dobrej zabawie w… Cytadeli na wzgórzu Gellerta. No i co w tamtych latach było wręcz istotą każdej takiej wycieczki – na zakupach.
Przede wszystkim upominków, najczęściej ze złota i tak upragnionej wówczas w każdym domu… kawy! Tej naturalnej, prawdziwej, ziarnistej…

Ale aby wyjechać musiał za wycieczkę zapłacić…
Część w dolarach amerykańskich, część w polskich złotówkach, które wtedy coś jeszcze były warte… I to zapłacić oficjalnie, w biurze podróży, a nie u stojącego gdzieś za winklem kamienicy cinkciarza…

Po dziecięciu dniach wrócił szczęśliwy, z tej pierwszej i jak się później okazało ostatniej zagranicznej wycieczki w swoim życiu… Przywiózł w prezencie żonie i synowej złote precjoza i cztery kilogramy tej tak tu w Polsce upragnionej… kawy naturalnej! Nie na handel! Dla siebie i rodziny!
Pierwsze dwa tygodnie po powrocie upłynęło na niezapomnianych do końca życia wspomnieniach… Wspaniale opowiadał o wszystkim co tam widział, o życzliwości Węgrów i o… romskim zespole muzycznym z cudownej urody wokalistką, który podczas każdej kolacji przygrywał i nucił turystom z Polski do… ucha!

Jednak po dwóch tygodniach jego wspomnienia zamieniły się w koszmar, po którym też już do końca życia żałował, że zdecydował się na tamten wyjazd…
W drzwiach domu zjawili się funkcjonariusze UB i zaczął się „magiel”… Na przemian, raz w domu, raz w komendzie Milicji Obywatelskiej… I dwa, nawet mnie brzmiące do dzisiaj w uszach, pytania…

– Skąd miałeś te 50 dolarów, którymi zapłaciłeś część kosztów wycieczki?
– Od kogo kupiłeś te dolary?
I tak pytali gówniarze o co najmniej 30 lat młodzi od „ściganego”…

Byłbym zapomniał…
O tym, że paszportu nie dostanie przez najbliższe 10 lat, dowiedział się jeszcze pierwszego dnia!
Podobnie jak i o tym, że jak on pójdzie siedzieć, to żonę zwolnią z pracy…

I na nic zdały się tłumaczenia potwierdzone dowodami i zeznaniami świadków, że dolary pozostały po zmarłej teściowej, której brat był w USA, skąd zresztą nigdy nie wrócił, podobnie jak ojciec teściowej i tego jej jedynego brata…
Takie gnębienie tego starszego już człowieka, czasem nawet codziennie, czasem co kilka dni, trwało ponad pół roku…
I za każdym razem z groźbą… kryminału!
Gnębienie człowieka, który nigdy wcześniej nie był dalej niż w Warszawie (przez całe swoje życie nie zobaczył polskiego Bałtyku!), który nigdy nie był członkiem żadnej partii i który za ciężką pracę fizyczną, kontynuowaną ponad 40 lat, od 12. roku życia, jeden jedyny raz w tym życiu chciał zobaczyć… bratnie nam Węgry!

Do dzisiaj zastanawia mnie, czy to wszystko działo się dlatego, że na tydzień przed wyjazdem na tamtą wycieczkę był wezwany do UB, skąd wrócił bardzo zdenerwowany?
Nigdy nie powiedział, dlaczego…
Nigdy nie ujawnił treści rozmowy, którą z nim wtedy przeprowadzili ci z UB…

Że nie został kapusiem zorientowałem się, kiedy usłyszałem, jak sam do siebie, już po wszystkim, chodząc po pokoju powiedział: „… tym paszportem niech sobie dupę podetrą, mnie na nic nie jest potrzebny”.

Na koniec dodam, że jest to historia prawdziwa, którą znam ze szczegółami…
Bo ten opisany tu starszy człowiek to mój tata – Mieczysław Wyroba, którego żona, a moja mama – Irena, jako jeszcze bardzo młoda dziewczyna, wraz ze Stanisławem Zaorskim, tworzyła struktury pod  pierwszy po II wojnie światowej bank w Wadowicach, oddział Narodowego Banku Polskiego przy ul. 1 Maja, a potem przez lata, aż do emerytury, też nie będąc nigdy członkiem PZPR ani żadnego innego partyjnego tworu, była pierwszym skarbnikiem tego oddziału…

To właśnie dzięki tym dwóm wspaniałym i jakże bliskim mi osobom wiem m.in., co to patriotyzm i szacunek do drugiego człowieka…
Dzięki moim wspaniałym Rodzicom wiem również, że pomimo iż pseudo „komornik” zostawia mi ok. 500,- złotych świadczenia rentowego – i to wyłącznie dzięki ludziom zarabiającym od kilku do kilkunastu tysięcy miesięcznie z naszych wspólnych podatków, kłamiących o wierności do papieża Polaka, mających usta pełne pustych frazesów o miłości do bliźniego i w gestach propagandowe pokazywanie się na uroczystościach kościelnych – żeby z tego niewiele, które mi zostawiają podzielić się jeszcze z głodnym czy bezdomnym oraz przekazać choćby symboliczną złotówkę na chore dzieci, których leczenie powinno finansować polskie państwo, dzisiaj finansujące drogie wina ministra Sikorskiego i pensję wadowickiego rzecznika, który de facto nic… nie rzecze!

I tym właśnie, przede wszystkim dzięki starannemu wychowaniu, ja różnię się m.in. od byłych funkcjonariuszy ORMO czy tzw. „”TW, pospolicie zwanych… „peerelowską kapuchą”!

(scorpion)
NAPISZ DO MNIE: KONTAKT