Wadowice

n/a°C

" ... Największym niebezpieczeństwem jest,
kiedy się człowieka zniewala mówiąc mu jednocześnie
że czyni się go wolnym.
Temu musimy zapobiec." Karol Józef Wojtyła.
scorpion
kontakt wcieniusanpietro.blogspot.com zbyszekjurczak.pl wadowiceonline.pl pałacowy bajkopisarz blog dziadunia obywatel wadowic tatoo-krakow.com inicjatywawadowice.pl wadowickie ciekawostki cedron news
Start » Ponad prawem » „Bo przecież to normalne, że się bierze, bo trzeba z ludźmi dobrze żyć”. I samemu też!
„Bo przecież to normalne, że się bierze, bo trzeba z ludźmi dobrze żyć”. I samemu też! niedziela, 30 Czerwiec 2013, godz. 13:25

Na portalu www.wadowiceonline.pl, pod materiałem opisującym zerwanie nowo położonej na ul. Mickiewicza kostki brukowej wraz z podbudową, ktoś napisał, że oczekuje mojego komentarza w tej sprawie…

Tylko, co mam komentować?
Że scenariusz przestępstwa ten sam, co przy remoncie ul. Karmelickiej, gdzie tzw. „pierwsze skrzypce” w „orkiestrze” budżetowego złodziejstwa grał kierownik „kremlowskiego” wydziału – Krupnik, nie tylko odpowiedzialny za gminne inwestycje, ale też bliski przyjaciel właściciela firmy „Comodos”
(jeszcze z czasów „produkcji” telewizorów „Otake”, w jednej z piwnic bloku nr 1 na osiedlu XX-lecia Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej), który przy pierwszym odwiercie na Karmelickiej, kiedy spod w części zerwanego asfaltu wyjęto około 70. letni żwir, chciał mi w obecności policjantów i prokuratora udowodnić, że podbudowa została prawidłowo położona…
Ale, kiedy z drugiego otworu wyjęto tylko porozbijane talerze, kubki oraz inny fajans, nie był już skory do odpowiedzi na moje pytanie: czy projekt przewidywał porcelanową podbudowę dla II etapu remontu tej ulicy…

Nadto ten nasz rodzimy układ mafijny, ściśle powiązany z niektórymi niby prokuratorami oraz niby sędziami, niczym przecież nie różni się od rządów w Korei Północnej, na Kubie czy Chinach, gdzie wyroki, w tym wyroki śmierci, zapadają nie w sądach, ale w gabinetach… lokalnych włodarzy, a nawet od tak modnej ostatnio złodziejskiej metody … na wnuczka”!
Nie różni się ten układ również od jakże dobrze funkcjonujących jeszcze w licznych państwach dyktatur, starannie wspomaganych, zwłaszcza finansowo i moralnie przez boskich urzędników, z kolejnymi papieżami na czele…
A, że do takiego samego skutku wadowicka mafia samorządowa zmierza, dlatego zamiast komentarza do zerwanej na Mickiewicza kostki, postanowiłem kontynuować swój cykl, pokazujący mechanizmy zniewolenia nie tylko przeciwników politycznych, ale całej lokalnej społeczności, rękami tych niby prokuratorów i niby sędziów, uzależnionych od lokalnych włodarzy!

„Bo przecież to normalne, że się bierze, bo trzeba z ludźmi dobrze żyć”.

„Echo Wadowic” – organ (w dosłownym tego słowa znaczeniu!) Kotarby!

„… Układ jest prosty. Oni tuszują sprawę, a ty milczysz” (…) zresztą chyba już to wiesz? A kasa? Kasa jest twoja, posag taki powiedzmy, nikogo nie interesuje, co z nią zrobiłeś (…). Mogę ci zdradzić, że za twoją lojalność, ogólnie rzecz jasna pojmowaną lojalność, oprócz dyplomu otrzymasz nagrodę specjalną”.

„Komornik”, Feliks Falk.

Zacytowałem tu słowa opublikowane przez niby rzecznika prasowego Kotarbę, na łamach organu, który kiedyś wydawał oraz fragment dialogu z filmu Feliksa Falka pt. „Komornik”, ponieważ za chwilę, analizując akta poszczególnych spraw dowiodę, iż zarówno urojenia Kotarby jak i filmowa fikcja niewiele różnią się od naszej życiowej rzeczywistości…
Rzeczywistości, w której aż razi to przywołane wyżej uzależnienie prokuratorów i sędziów od decyzji oraz oczekiwań lokalnych włodarzy!
To uzależnienie, któremu zaprzeczyć nie sposób, bo dowodów aż nadto…

A wszystko co niżej, to nie tylko w tym ciągu opisującym mechanizmy zniewolenia ludzi dla władzy niewygodnych, ale też w odpowiedzi na zarzucane przez Kotarbę w ubiegłą niedzielę – na wadowickim GraniztPlatz – organizatorom referendum „… kłamstwa”!

Rozpocznę od postanowienia wydanego przez „sędziego” Witolda Rozmanita, w sprawie II Ko1 25/00 – mającej swój początek w namalowanym przez Filipiakową pijaku z czerwonymi „gałami”, które wyglądały, jakby wylazły onemu na wierzch po torturach Inkwizycji – którym tenże niby sędzia utrzymał w mocy postanowienie Prokuratury Rejonowej w Wadowicach z dnia 31 grudnia 1999 roku do sygn. akt: 1 Ds. 415/99/S, o umorzeniu śledztwa w sprawie tworzenia m.in. przez Kotarbę fałszywych dowodów oraz podrobienia – ja stwierdzę bardziej dosadnie – fałszowania podpisów, pod zawiadomieniem o przestępstwie, którego nie popełniłem oraz samej treści tego zawiadomienia, które dla zmuszanych do złożenia podpisów było tylko… protestem przeciwko materiałowi prasowemu, krytykującemu zdolności manualno-artystyczne… Filipiakowej i jej watahy.
Jak możemy przeczytać w treści uzasadnienia do przywołanego tu postanowienia, w ocenie „sędziego” Rozmanita – cyt.: „… wyjaśniono kto dysponował przedmiotowym pismem i w jaki sposób osoby podpisujące zawiadomienie pismem tym dysponowały” – koniec cytatu, a nadto – tu cytuję kolejny raz: „… Prokuratura umarzając śledztwo dokonała we właściwy sposób oceny materiału dowodowego” – koniec cytatu.
Zanim w całości podważę przywołane wyżej tezy zarówno „sędziego” Rozmanita i „prokuratora” podam, że konstruktorami fałszywego oskarżenia byli przedstawiciele wadowickich władz samorządowych, a prym w tym politycznym i haniebnym procederze wiedli burmistrz miasta i jego niby rzecznik prasowy – jak powiedziałaby Filipiakowa: nijaki Kotarba.

I na sam początek przyznaję, iż w całości zgodziłem się z tezą „sędziego” Rozmanita.
Tak! – „… wyjaśniono kto dysponował przedmiotowym pismem i w jaki sposób osoby podpisujące zawiadomienie pismem tym dysponowały”.

Tylko dlaczego nie wyjaśniono, kto fałszował podpisy pod zawiadomieniem o przestępstwie rzekomego znieważenia przeze mnie uczuć religijnych, tyle że wyłącznie pełnoprawną oceną pacykarskich dokonań „malarki” Filipiakowej (tu gwoli przypomnienia: Hitler też był podobno „malarzem”?) i samo zawiadomienie, które w chwili zbierania podpisów było zwykłym… protestem?
A może – ponieważ pytać nie tylko wolno, ale przede wszystkim należy – powinienem już wówczas publicznie, w mediach zapytać i tylko zapytać, nic nie sugerując: „za ile” nie wyjaśniono, kto fałszował podpisy pod zawiadomieniem o przestępstwie?
Nie zrobiłem tego wówczas, dlatego pytam dzisiaj!

Bo, że podpisy sfałszowano, potwierdzone zostało zarówno w postępowaniu prokuratorskim o przywołanej tu już sygnaturze akt, ale też w dwóch niezależnych postępowaniach sądowych: w prowadzonym przed Sądem Rejonowym w Wadowicach pod sygn.: II K 459/01 oraz w postępowaniu prowadzonym przed Sądem Rejonowym w Bielsku-Białej pod sygn. akt: III K 300/99.

I pomimo, że wszystkie te organy państwa stronniczo uchyliły się od jednoznacznego potwierdzenia tego stanu faktycznego i prawnego, dokumentów potwierdzających przedmiotowe fałszowanie podpisów sfałszować już się nie udało…

We wszystkich tych postępowaniach nie tylko ujawniono, że podczas organizowanej przez przedstawicieli władz samorządowych publicznej akcji protestacyjnej fałszywie informowano nieświadomych pracowników Filipiakowej, iż podpisują się jedynie pod… „protestem przeciwko publikacji prasowej” – krytykującej maszkarę malowaną przez Filipiakową sprayem i wystawioną potem przez Gila na ołtarzu – której większość podpisanych nigdy nie czytała, a nie pod zawiadomieniem o przestępstwie, ale też, że na listach znajdowały się sfałszowane podpisy osób, których miejsce pobytu nie było znane np. od czterech lat, sfałszowane podpisy osób ze znacznym upośledzeniem umysłowym, które nie potrafiły się podpisać oraz nie były wstanie zrozumieć treści publikacji, a także sfałszowane podpisy osób, które podczas przesłuchania jednoznacznie przyznały, że nigdy na takich listach swojego podpisu nie złożyły.
I ujawniono też w tych postępowaniach nazwiska osób fałszujących podpisy, które dobrowolnie i bez przymusu przyznały się, że złożyły na tych listach protestacyjnych podpisy za inne osoby, bez zgody tych osób!

Szeroko przywołany tu stan potwierdzony został treściami protokołów przesłuchań świadków, załączonych do akt sygnalizowanej wyżej sprawy sądowej o sygn.: II K 459/01…
Oto zaledwie kilka przykładów z ogromnego wachlarza tego politycznego matactwa:
Świadek Maria B. (k. 837) – „… Policjant pytał się mnie, czy ja podpisywałam jakąś listę, ale ja powiedziałam, że nie. Nie pamiętam nic takiego abym ja kiedykolwiek podpisywała jakąś listę. Ja nie przypominam sobie, aby była kiedyś taka sytuacja, aby moje uczucia religijne były obrażone (…)”.
Świadek Antonina L. (k. 768) – „… nie pamiętam, czy podpisywałam jakąś listę z protestem”.
Świadek Ludwika B. (k. 804) – „… ja niczego nie podpisywałam, ani żadnego obrazu nie widziałam. Nigdy nie podpisywałam żadnej listy, nic na ten temat nie wiem. Wygląda na to, że ktoś podpisał się za mnie, ale nikt mnie o tym nie poinformował ani mi nic nie mówił.”.
Świadek Józef R. (k. 810) – „… Ja nigdy nie podpisałem się na żadnej liście”. Na pytanie mojego obrońcy powtórzył stanowczo: „… Ja nie podpisałem żadnej listy”.
Świadek Małgorzata B. (k. 806) – „… listę podpisywałam w swoim zakładzie fryzjerskim w Wadowicach. Przypominam sobie, że listę przyniosła jedna moja klientka (…). Ja na liście podpisałam siebie, mojego męża Roberta B. i teściową Ludwikę B. (…), nie pytałam ich o zgodę”.
Wątpliwości co do autentyczności zeznań składanych na Policji wyrażali przed sądem I instancji też świadkowie: Maria M. (k. 838), Danuta W. (k. 838), Wanda K. (k. 838).
Także świadek Aleksandra G. (k. 837) kategorycznie nie pamiętała aby kiedykolwiek pisała oświadczenie do Policji bądź składała na Policji zeznania.

Żaden ze świadków (pominąć należy samych inicjatorów akcji publicznego protestu) nie potwierdził też, aby kiedykolwiek podpisywał się pod zawiadomieniem o przestępstwie obrazy uczuć religijnych!
Wszyscy natomiast potwierdzili, że podpisali się pod „… protestem przeciwko treści materiału opublikowanego na łamach „Nad SKAWĄ””, który nawet nie wszystkich bulwersował, a większość jedynie „… zniesmaczył”…

Nie można też wątpić, że osoby nieświadome swojej roli w tym ohydnym procederze, zmuszano brutalnie szantażem do złożenia swojego podpisu na liście. Wystarczy zapoznać się z zeznaniami tych osób, aby się o tym przekonać:
Np. z zeznaniami świadka Jadwigi R. (k. 837), która poinformowała przesłuchującego ją funkcjonariusza: – „… Ktoś przyniósł do bloku, w którym mieszkam jakąś listę. Pytano mnie czy podpiszę i ja ją oczywiście podpisałam”.
Czy świadka Bronisławy G. (k. 835), która jednoznacznie podała: – „… ja już po wszystkim dowiedziałam się o co chodzi w tej sprawie. Faktem jest, że podpisałam się na tej liście, ale myślałam, że chodzi o coś zupełnie innego. Było kiedyś kazanie przy cmentarzu na ten temat, że nie powinno się pracować w niedzielę, ja też tak uważałam i dlatego podpisałam się na liście (…). Ja w ogóle nie znam gazety „Nad Skawą”, nie znam takich gazet. Tyle co kupuję to „Tele Tydzień” i nic więcej. Ja na tej liście podpisałam się przy kościele tak po prostu. Mówili „chodźcie podpisać, chodźcie”, no to podpisałam. Teraz już nawet nie pamiętam, kto to mówił”. Po odczytaniu zeznań świadka z karty 206v świadek dodała: „… iż wydaje jej się, że nie składała zeznań o takiej treści” (?).
Z kolei świadek Anna B. (k. 836), ujawniła, że to jedna inicjatorek „protestu” – Zofia Bukowska, wymusiła podpisanie się przez nią na liście pomimo, że świadek Anna B. ani nie widziała ocenianego na łamach „Nad SKAWĄ” obrazu, ani nie czytała jego dziennikarskiej oceny (materiału pasowego, przeciwko któremu Zofia Bukowska kazała protestować Annie B.).
Nie mniej interesujące dla oceny tego samorządowo-prokuratorsko-sądowego bandytyzmu jest też zeznanie świadka Józefa L. (k. 840), który podał: – „… Bardzo się dziwię, że otrzymuję w tej sprawie wezwania i, że jestem traktowany jako pokrzywdzony. Ponieważ byłem pracownikiem Urzędu musiałem podpisać listę (…). Nie wiem od kogo otrzymałem tę listę. Na tej liście były już inne podpisy. (…) Później mniej więcej w grudniu 1998 r., zaczęła mnie wzywać Policja w tej sprawie i wtedy złożyłem na Policji takie oświadczenie, (…) tak naprawdę to moje uczucia religijne nie zostały obrażone a listę podpisałem dla świętego spokoju”. Kiedy świadek podał, iż nie pamięta aby kiedykolwiek składał w sprawie przestępstwa zeznania na Policji, okazano świadkowi protokół przesłuchania świadka z dnia 28 kwietnia 1999 roku (karta 298v), gdzie świadek zeznał: „… Ja wiedziałem, że moje imię i nazwisko zostało opublikowane w gazecie Nad Skawą. Ja wyraziłem na to zgodę. To wszystko, co mam do powiedzenia w tej sprawie”.

Więc teraz zastanówcie się Państwo, na czyje żądanie nazwiska wszystkich tych świadków, których zeznania dotychczas przywołałem (i nie są to wszystkie o podobnej treści oraz charakterze), w ogóle znalazły się na „prokuratorskiej” liście i na jakiej podstawie (bo na pewno nie prawnej!) osoby te uznane zostały przez niby sąd, jako pokrzywdzone prasową krytyką „malarskich sukcesów” burmistrza, wiceburmistrza i radnych?
Podobnie jak nazwisko ówczesnego dyrektora od „magistrackiej kultury”, świadka Piotra Piwowarczyka (k. 749) – który jednoznacznie do protokołu podał, że podpisał listę „… na żądanie rzecznika prasowego Urzędu Miejskiego w Wadowicach Stanisława Kotarby”.

Zresztą nie tylko on…

Obok przeczytacie Państwo oświadczenie innego pracownika Filipiakowej, zalegające w aktach sprawy zarówno tej niby prokuratury, jak i tego niby sądu…

Poza wszelkimi sporami pozostaje też, iż bardzo czytelnie fakt fałszowania podpisów pod zawiadomieniem o popełnieniu przestępstwa potwierdził Sąd Rejonowy w Bielsku-Białej, który postanowieniem z dnia 11 maja 2000 roku, wydanym w sprawie: III K 300/99, m.in. właśnie z uwagi na ten przestępczy stan zmuszony był zwrócić akta sprawy prokuraturze!

Szczególną uwagę Sądu, ale Sądu a nie niby sądu, winna zwrócić też notatka urzędowa z dnia 19 kwietnia 1999 roku, sporządzona przez podkom. Tomasza Dudka z tutejszej KPP, którą funkcjonariusz ten kompromituje zarówno organy ścigania jak i szeroko pojęty wymiar sprawiedliwości (oczywiście nie w takich osobach sądowego gremium jak m.in. Witold Rozmanit czy Jerzy Baknowicz).
Notatka opisuje, jak Policja chciała przyjąć – tu UWAGA! – w miejscu zamieszkania świadka, zeznania od świadka (dodam, że od jednego ze sprawców fałszowania podpisów pod zawiadomieniem o przestępstwie, a więc pod dokumentem o znaczeniu prawnym i…) który – mówiąc językiem jakże kolokwialnym – zagrał na nosie niby policjantom i niby prokuratorom, unikając nie tylko odpowiedzi na najbardziej istotne w tej sprawie pytania, ale też odpowiedzialności karnej za przestępstwa jakie popełnił na szkodę redaktora naczelnego wydawnictwa, prasy oraz na szkodę wymiaru sprawiedliwości.

Tu rodzi się kolejne pytanie…
Pytanie, na które mimo prawnego obowiązku nie odpowiedział ani „sędzia” Witold Rozmanit, ani niby sędziowie orzekający w sprawach: II K 459/01 oraz III K 300/99: kto zwolnił organy ścigania – Policję i Prokuraturę oraz wszystkich tych przywołanych wyżej „sędziów” z prawnego obowiązku przesłuchania tego świadka oraz z równie prawnego obowiązku szczegółowej kontroli załączonych do akt sprawy zaświadczeń lekarskich, którymi bez wątpienia fałszywie podano, iż świadek z uwagi na stan zdrowia nie może stawać przed niby sądem pomimo, że ten stan zdrowia nie stał na przeszkodzie do kierowania przez świadka – w tym samym czasie – całą wspólnotą domu zakonnego, licznym podróżom do Krakowa i Andrychowa oraz w sprawowaniu przez świadka codziennych obowiązków gospodarza domu zakonnego wraz z obowiązkami uczestniczenia w liturgii oraz sprawowania codziennych kilkugodzinnych zakupów (nie tylko na terenie Wadowic)?
Zapytam też, jak przez w/w realizowany był zapis art. 32. Konstytucji RP, który mówi, że – „… wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne”?

Dlatego już tylko na podstawie tych przywołanych tu akt niespornym musi pozostać, że „sędziemu” Witoldowi Rozmanitowi obce były konstytucyjne przymioty sądu: bezstronność, niezależność i niezawisłość, ale za to bardzo bliskie oczekiwania (chociaż nie można wykluczyć, że może nawet polecenia?) ówczesnego pracodawcy jego współmałżonki – burmistrza Wadowic.

Ale czy tylko „sędziemu” Rozmanitowi?
A czym kierowali się niby prokuratorzy, którzy w postępowaniu: 1 Ds. 133/99, odmówili wszczęcia dochodzenia, a postępowanie w sprawie: 1 Ds. 415/99/S, umorzyli?
Bo na pewno nie obowiązującym prawem!

Tu zmuszony jestem jeszcze dodać, że była i nadal jest liczna grupa osób, w tym ponad 30. mieszkańców Szwecji (to ich kopię listu pozwalam sobie opublikować obok), którzy widzieli „arcydzieło” malarskie władz samorządowych Wadowic, skrytykowane na łamach pisma „NS” – która to krytyka stała się pretekstem do frontalnego ataku autorów pacykowania i pseudo rzecznika Kotarby na moją osobę – nie tylko popierająca tamtą krytykę, ale wręcz uznająca, iż autorzy pacykowania tym swoim „dziełem” nie tylko obrazili uczucia religijne mieszkańców Szwecji, ale, że sprofanowali wizerunek Chrystusa…
Niestety, ich głos oraz zarzut obrazy uczuć religijnych nie znalazł uznania w politycznie ukierunkowanych przekonaniach „prokuratorów” i „sędziów”.
Ale za to znalazła uznanie nagonka autorów „maszkary” na pełnoprawną ocenę i krytykę ich pacykarskich „sukcesów”!

Dlatego przejdę do kolejnego postanowienia, z dnia 30 października 2000 roku, wydanego w sprawie, sygn. akt: II Ko1 155/00, którym znowu „sędzia” Witold Rozmanit skutecznie zadbał o interesy burmistrza Wadowic, proboszcza wadowickiej fary oraz uzależnionych od burmistrza Wadowic i „stanu duchownego” „prokuratorów”, starannie chroniąc sprawców przed odpowiedzialnością karną za popełnione przestępstwa.

Treści tego postanowienia cytował nie będę, bo nie płacą mi za to, a jedynie obnażę mechanizmy i intencje, którymi kierowali się ludzie z kręgów rzekomego wymiaru sprawiedliwości, organów (faktycznie!) „ścigania” i lokalnego samorządu, żyjący w przekonaniu, że… stoją ponad prawem!

Przywołam tylko fragment postanowienia Prokuratury Rejonowej z dnia 29 lutego 2000 roku, o odmowie wszczęcia dochodzenia w sprawie: 1 Ds. 102/00, którym „prokurator” Elżbieta Filipek wywodzi, że – cyt.: „… poczynione ustalenia nie dały podstaw do wszczęcia w tej sprawie dochodzenia o przestępstwo z art. 90. ustawy z dnia 07 lipca 1994 roku, prawo budowlane” – koniec cytatu, informując jednocześnie w uzasadnieniu do tego postanowienia, że to nie kto inny, ale Zarząd Miasta (czytaj: Filipiakowa) pismem z dnia 15 grudnia 1999 roku, z sygnaturą: GK5512/11/99 – cyt.: „… wyraził zgodę na nieodpłatne użyczenie części ulicy Kościelnej i postawienie szopki bożonarodzeniowej” – koniec cytatu.
No i już wiecie o co chodzi!

Jak więc te „prokuratorskie” ustalenia nie dały podstaw do wszczęcia w tej sprawie dochodzenia o popełnionym przestępstwie, o którym mówi art. 90. ustawy z dnia 07 lipca 1994 roku, prawo budowlane, skoro to właśnie „prokurator” Elżbieta Filipek – jako pierwsza, bo nikt wcześniej takiego zarzutu nie czynił – swoim wywodem nie pozostawia nawet cienia wątpliwości, iż tenże Zarząd Miejski – w osobie Filipiakowej – w sposób przestępczy wszedł w kompetencje Powiatowego Inspektora Nadzoru Budowlanego oraz Starosty Powiatu Wadowickiego, wyrażając zgodę na postawienie obiektu budowlanego? – nadto bez wymaganych prawem budowlanym zezwoleń, co w formie pisemnej potwierdziły wszystkie instytucje, które winny przed wzniesieniem obiektu budowlanego (każdego!) wydać czytelnie określone prawem decyzje!

I wszystko to starannie, z ogromną troską legalizował „sędzia” Witold Rozmanit, przywołanym tu postanowieniem z dnia 30 października 2000 roku, wydanym w sprawie, sygn. akt: II Ko1 155/00, którym skutecznie uchronił sprawców popełnionych i w pełni udokumentowanych przestępstw przed odpowiedzialnością karną!

Kolejnym postanowieniem, które tu przeanalizuję aby szukać Kotarbowych „… kłamstw”, jest postanowienie z dnia 02 października 2000 roku, wydane w sprawie: II K 325/00, którym „sędzia” Witold Rozmanit – zatroskany o skuteczne uchronienie ówczesnego wiceburmistrza Wadowic i posła w jednym, Mariana S., przed odpowiedzialnością karną za popełnione przestępstwa, jednoznacznie określone art. art. 123 § 2, 226 § 3 oraz 231 § 1 kk – uznał, iż obywatel RP nie jest osobą nieuprawnioną do informowania organów ścigania i sądu o przestępstwach ściganych z urzędu. Ta teza „sędziego” już nie tylko kompromitowała reprezentowany przez Witolda Rozmanita sąd, ale z premedytacją ośmieszyła cały wymiar sprawiedliwości.
Oczywiście, „sędzia” Rozmanit rozstrzygał, czy zasadną była decyzja Prokuratury Rejonowej w Oświęcimiu z dnia 26 maja 2000 roku, wydana w sprawie: 1 Ds. 549/00, o odmowie wszczęcia dochodzenia, w sprawie, w której – w trakcie publicznego wystąpienia, rejestrowanego przez telewizję finansowaną z budżetu Urzędu Miejskiego w Wadowicach – przedstawiciel wadowickiego samorządu – jak znowu powiedziałaby Filipiakowa: nijaki Marian S. – pomówił urzędującego prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej o działalność przestępczą, porównywalną wtedy do głośnej na tamte czasy działalności pułkownika Lesiaka.

By zarzut ten krótko uzasadnić, zacytuję mały fragment tamtego „urzędniczego” wystąpienia: „… Mści się bezmyślne pozostawienie w rękach komunistycznych tzw. fachowców, na stanowiskach i nadzieja, że oni może nie są tacy źli, że może jednak pomogą, że jakoś to będzie, że wspólna Polska. Otóż, nie pomogą, nie będzie, nie będą walczyć o Polskę, ale o władzę nad Polską gotowi są podpalić nasz kraj, jak to mają w zwyczaju jeśli tylko w efekcie zdobędą władzę według leninowskiego – kto kogo pierwszy. I nie są to tylko puste słowa. Gabinet cieni postkomunistów jest już prawie gotowy, a proces tworzenia alternatywnych służb specjalnych w otoczeniu Prezydenta i liderów SLD jest już zakończony. Rekrutowany spośród starych pracowników bezpieki i MSW kilkuset osobowy zespół ludzi spotyka się regularnie i nie tylko analizuje obecną sytuację w MSWiA, ale przygotowuje dokładny plan powrotu na wypadek wygranych przez Sojusz wyborów.” – koniec cytatu.

Czy można więc podważyć tezę, że padły z ust (p)osła Mariana S., pod adresem urzędującego wówczas Prezydenta RP, zarzuty o prowadzeniu przez tegoż Prezydenta działalności przestępczej, tyle, że nie potwierdzonej przez pyskacza S. żadnymi dowodami?
Nie, nie można!
A tym samym nie można podważyć tezy, że nawet nie Prokuratura Rejonowa w Oświęcimiu ale Prokuratura Rejonowa w Wadowicach zobowiązana była – prawnym obowiązkiem wynikającym m.in. z ustawy o prokuraturze oraz z art. 304 kpk – z urzędu wszcząć przeciwko funkcjonariuszowi publicznemu – Marianowi S., określone prawem postępowanie karne, i zakończyć takie postępowanie aktem oskarżenia, który finalnie winien zostać poddany ocenie, ale nie tego zależnego od oczekiwań Mariana S., „sędziego” Rozmanita, tylko Sądu rozstrzygającego w sprawach karnych wyłącznie w oparciu o obowiązujące prawo oraz Sądu cechującego się konstytucyjnymi przymiotami tego organu państwa: bezstronnością, niezależnością i niezawisłością.

Czy nie trzeba byłoby więc po raz kolejny – nic nie sugerując – tylko zapytać: „za ile” chroniono wówczas Mariana S., zarzucającego publicznie urzędującemu Prezydentowi RP działalność przestępczą?

Następnym orzeczeniem, które poddam tu analizie, będzie wyrok wydany przez „sędziego” Witolda Rozmanita, w dniu 04 stycznia 1999 roku, w sprawie: II Kws 11/98.
Sprawa banalna… Ale nie dla kogoś, w kim zachowały się jeszcze jakiekolwiek odruchy ludzkiej przyzwoitości!
Rodzice z nieodległej od Wadowic Radoczy, chcieli ulżyć swoim dzieciom, uczęszczającym do szkoły, zwłaszcza tym, które po ten przysłowiowy „kaganek oświaty” przemierzały każdego dnia do szkoły ponad 3 (słownie: trzy) kilometry w jedną stronę…
Najpierw zastanawiali się jak problem rozwiązać, bo o AW„S”-owskim (był kiedyś taki twór partyjno-związkowy) „gimbusie” nawet nie mogli sobie pomarzyć. I wyszło im, że pozbierają między sobą trochę grosza, o trochę poproszą ludzi dobrej woli, którym bliski będzie los ich dzieci, kupią za te pieniądze jakiegoś zdezelowanego busa, wyremontują i będą te swoje pociechy wozić do szkoły.
Uradzili, ale żaden nie chciał pieniędzy nosić przy sobie, ani ganiać za pieniędzmi po chałupach, żeby nikt im nie zarzucił, że zbierają dla siebie.
Przyszli więc do redakcji gazety „Nad SKAWĄ” z prośbą o… pomoc przy otwarciu specjalnego dla tego celu konta bankowego i opisanie ich inicjatywy na jej łamach.
Sam – podobnie zresztą jak oni – nigdy wcześniej żadnej zbiórki pieniężnej nie prowadziłem, więc nawet nie pytałem o aspekt prawny tej inicjatywy, bowiem uznałem, że jest to inicjatywa nawet nie o zasięgu lokalnym, ale wręcz wewnątrz rodzinnym, bowiem rzeczywiście wszyscy oni stanowili przy tej inicjatywie jedną wielką rodzinę swojego sołectwa.
Nadto uznałem też, że jest to inicjatywa ze wszech miar pożądana i zasługująca na poparcie, zwłaszcza, że okres, w którym ją rozpoczynano nie pozwalał zazdrościć sześcio- czy siedmiolatkom przemierzanych każdego dnia 6 kilometrów drogi do- i ze szkoły.
W stosownym piśmie z dnia 19 grudnia 1998 roku, które rodzice tych dzieciaków złożyli na moje ręce, w sposób bardzo czytelny określili zarówno cel samej inicjatywy jak też swoje bardzo skromne oczekiwania.
I chciałem im pomóc. Z dobrego serca i z troski o naprawdę trudny los ich dzieci.
I tu popełniłem błąd.
Nie pomyślałem nawet, że kiedy włączę się w tę inicjatywę, sam skażę ją na niepowodzenie. Bowiem stało się to, kiedy o wszystkim dowiedział się… Kotarba, ten niby rzecznik prasowy Urzędu Miejskiego w Wadowicach!
To on, często mieniący się publicznie katolikiem i ogromnym „przyjacielem” dzieci, zamiast pouczyć tych biednych, skromnych i o niskim poziomie prawnej wiedzy rodziców, co mają zrobić, żeby ta ich, jakże przecież pożądana akcja, była legalna, to… pobiegł w te pędy na Policję aby… zawiadomić o przestępstwie! I wszystko dlatego, że to właśnie Wyroba, a nie on, chciał pomóc tym rodzicom oraz ich dzieciom!
I sprawa znowu tak jakoś dziwnie trafiła do… „sędziego” Rozmanita, który realizując oczekiwania Kotarby, uznał winnym organizowania „nielegalnej” zbiórki, o której zawiadomił Kotarba, nie tylko rodziców.
Wyrobę – który w samą zbiórkę w ogóle się nie angażował – też!

Nadto, nie badając fałszywej opinii wójta Gminy Tomice, Rozmanit z premedytacją dał wiarę, że problem dowozu dzieci w gminie został rozwiązany – chociaż pomimo upływu tylu lat, w całości rozwiązany nie jest do dnia dzisiejszego, tak zresztą jak w całym kraju…
Ale wówczas dla wadowickiej Policji i „sądu” nie było ważne, że skrzywdzono żyjących skromnie rodziców i ich małe dzieci, biegające w deszczu, śniegu i mrozie do szkoły po kilka kilometrów, a tylko to, aby zadośćuczynić radnemu i temu niby rzecznikowi prasowemu w jednym – Kotarbie!
Niewątpliwie można tu też stwierdzić, że nad zwykłymi ludzkimi uczuciami – których nawet ci niby sędziowie chyba nie są z urzędu pozbawiani? – przeważył zimny rachunek polityczny lokalnej władzy, wchodzącej w nieformalne układy z przedstawicielami wymiaru sprawiedliwości, m.in. stanowiskami kierowniczymi w gminnych spółkach dla członków ich rodzin (tak jak to miało wówczas miejsce w przypadku zatrudnienia na kierowniczym etacie w gminnej spółce małżonki „sędziego” Rozmanita!).

Ale taka postawa nie zaskakuje, zwłaszcza, kiedy dla kontrastu sięgniemy po akta „Prokuratury” Rejonowej w Wadowicach o sygnaturze: 1 Ds. 912/02, która wydanym w tej właśnie sprawie postanowieniem z dnia 27 sierpnia 2002 roku, odmówiła wszczęcia dochodzenia w sprawie przywłaszczenia pieniędzy zbieranych od mieszkańców przysiółka Zaskawie w latach 1994 i dalszych, na budowę kanalizacji. Tzw. „Społeczny Komitet”, mocno osadzony w kręgach władz samorządowych gminy, po prostu okradł wówczas co najmniej kilkadziesiąt rodzin na znaczne kwoty pieniężne, pod pozorem podjęcia niezbędnej dla tych rodzin inicjatywy – budowy kanalizacji…
Ale wadowicka „Prokuratura” nie widziała w tym zdarzeniu nic zdrożnego, bo…
No właśnie, dlaczego?

Odpowiedzcie sobie Państwo sami, bo ja przejdę już do kolejnego orzeczenia wydanego przez „sędziego” Witolda Rozmanita – do wyroku z dnia 28 czerwca 1999 roku, wydanego w sprawie, sygn. akt: II K 643/98.
I uczynię to bardzo krótko – bo sam wyrok – wręcz „majstersztyk”!
Tyle, że w negatywnym tego słowa znaczeniu!
Postępowanie z oskarżenia prywatnego, z którym przeciwko radnemu Wyrobie wystąpił radny i niby rzecznik prasowy w jednym – Kotarba oraz z wzajemnym oskarżeniem, wniesionym przeciwko Kotarbie przez Wyrobę i żeby było czytelnie – obydwaj adwersarze zarzucali sobie popełnienie tego samego czynu publikacją prasową, przesłaną dodatkowo w listach do innych osób i instytucji, z tym, że jako pierwszy czynu tego dopuścił się… Kotarba!
Sprawa więc prosta jak przysłowiowa… „budowa cepa”!
Gdyby nie ten przywołany wyżej „majstersztyk”…
„Salomonowy” – o przepraszam – Rozmanitowy… wyrok!
Wyroba – winien! Kotarba – nie!
Komentował nie będę, bo po prostu bandytyzmu sądowego nie ma co komentować!
A nadto jest mi po prostu… wstyd!
Za „sędziego” Rozmanita! – który tak jak w innych postępowaniach, tutaj też w sposób dostateczny wykazał, iż ważniejsze w jego orzecznictwie od litery prawa, są polityczne koneksje, interes władzy samorządowej oraz partykularne interesy samego „sędziego” i… jego rodziny!

I może na tym zakończę…
Część wiedzy, dowodów i akt, pozostawiając na… zaś!
Bo wszystkie te sprawy kwalifikują się do ponownego rozpatrzenia!
Nadto wszystkie będą musiały zostać przywołane, żeby „radny” Cholewka z „radnym” Salachną mogli wreszcie dowiedzieć się, gdzie… leży prawda?
Szczególnie, że na pewno nie na przejściu dla pieszych przy Choczence!

Na koniec dodam tylko, że z ogromną sympatią do samej osoby, materiał ten dedykuję pewnemu Doktorowi prawa, który jakoś dziwnie sam prawie nic nie robiąc wykorzystuje dla swoich politycznych celów jedynie ujawnione wcześniej przeze mnie sprawy i odnoszę wrażenie, że nawet nie z lenistwa, ale tylko dlatego, aby pokazać mieszkańcom gminy, że – jak sam twierdzi – to dzięki Wyrobie Filipiakowa i jej mafia rządzą tu już dwadzieścia lat…
No cóż, szkoda tylko, że sam nie widzi, iż mając możliwości wglądu do dokumentów, ich analizy oraz wykazania licznych nieprawidłowości, które jeszcze świata dziennego nie ujrzały, robi wszystko, aby pomóc Filipiakowej utrzymanie się u „papieskiego” steru przez kolejne… dwadzieścia lat!

(scorpion)
NAPISZ DO MNIE: KONTAKT