Wadowice

n/a°C

" ... Największym niebezpieczeństwem jest,
kiedy się człowieka zniewala mówiąc mu jednocześnie
że czyni się go wolnym.
Temu musimy zapobiec." Karol Józef Wojtyła.
scorpion
kontakt wcieniusanpietro.blogspot.com zbyszekjurczak.pl wadowiceonline.pl pałacowy bajkopisarz blog dziadunia obywatel wadowic tatoo-krakow.com inicjatywawadowice.pl wadowickie ciekawostki cedron news
Start » "... Łajdacka polityka" » Dzień pamięci o gwałcicielach i mordercach!
Dzień pamięci o gwałcicielach i mordercach! niedziela, 1 Marzec 2015, godz. 22:00

Na sam początek – żeby nie było niedomówień – wyjaśnię, że nie tylko z opowiadań Dziadków i Rodziców, ale też osobistych kontaktów z „ludźmi z lasu”, znam liczne historie i życiorysy zacnych Polaków, którzy naprawdę walczyli o niepodległą i wolną Ojczyznę!
Niestety, nigdzie o nich nie przeczytacie!
Bo… zostali przez wszystkich wyklęci!
Na zawsze…
Uznani za niegodnych dobrego słowa, czy… wspomnienia!

A teraz… po kolei!

Powszechnie wiadomo, że obecna prawica ma pełną gębę wartości chrześcijańskich, praworządności i kultywowania tradycji… To właśnie w imię tych czysto propagandowych „wartości” dzisiaj obchodzimy narodowy dzień pamięci o… żołnierzach wyklętych….
Szkoda tylko, że nie mówimy w tym dniu o Żołnierzach naprawdę… wyklętych!
Ale kolejny raz gloryfikujemy pospolitych zbirów, którzy z ryngrafem Matki Bożej na piersi i wzniosłymi hasłami – fałszywej walki o wolną Polskę – na ustach, grabili, gwałcili, palili i mordowali…
Dzisiaj przedstawia się ich, jak np. Mieczysława Wądolnego, jako wzorzec bojownika o słuszną sprawę… Może więc warto, choćby tylko w ogromnym skrócie, poznać prawdziwy, a nie „dorysowany” przez „histeryków” żywot i „wyzwoleńczą” działalność tego wzorca?

Urodził się w Łękawicy koło Stryszowa 24 września 1919 roku, w małym gospodarstwie rolnym. Przed 1939 rokiem uczył się w Krakowie zawodu malarza. Dziwnym zbiegiem okoliczności Hitler też uczył się tego zawodu. Z nastaniem okupacji niemieckiej Wądolny wrócił do Łękawicy, która terytorialnie należała do tworu nazywanego Generalną Gubernią, oddzieloną od III Rzeszy, czyli Reichu granicą biegnącą nurtem Skawy.
U Wądolnych, tak jak prawie wszędzie, bieda wtedy aż piszczała, więc Mieczysław nie chcąc być darmozjadem, dobrał sobie kilku koleżków i zorganizował „spółkę prawa handlowego z o.o.”, która zajęła się przemytem towarów pomiędzy GG a Reichem.
Z czasem wstąpił do Batalionów Chłopskich – wojskowej konspiracyjnej organizacji ruchu ludowego, która w walce z okupantem zapisała piękne karty… Niestety, sam Wądolny w tych kartach niczym się nie zapisał…
Widocznie Niemcy nie byli dla niego takimi wrogami, jak w przyszłości Polacy?
Po wyzwoleniu, już w lutym 1945 roku, wstąpił do Milicji Obywatelskiej, gdzie oczywiście otrzymał broń służbową, mundur i legitymację. Jednak najwidoczniej służba ta, jak i obowiązująca dyscyplina, nie leżały w jego charakterze, gdyż nie opowiadając się nikomu znikał często na kilka dni, nie sprawozdając co w tym czasie robił. Oczywiście, takie zachowanie musiało u jego przełożonych wzbudzić podejrzenia, no i wzbudziło. We wrześniu tegoż 1945 roku, przeprowadzono w jego domu rewizję, znajdując kilka sztuk automatycznej broni niemieckiej i tysiące sztuk amunicji. Został aresztowany, ale zanim zdążono mu wytoczyć sprawę karną uciekł z kryminału, w niewyjaśnionych do końca okolicznościach…
W ciągu paru miesięcy zwerbował około 30. chętnych sobie, a głównie niechętnych służbie wojskowej kolesiów oraz byłych handlowców z czasów okupacji… Wtedy m.in. przystał do niego Mieczysław Spuła ze Spytkowic i Bronisław Fryc z Półwsia. Ten ostatni też był milicjantem, w Zembrzycach, ale że w sprzeczce zastrzelił swojego niedoszłego szwagra – znalazł uznanie i azyl w bandzie Wądolnego, jako fachowiec o odpowiednim morale…
Wądolny, uważając się za twardziela, nadał sobie początkowo pseudonim „Granit”, ale uznając chyba, że do jego „bojowych” planów dumniej będzie brzmiał „Mściciel”, taką ksywę przyjął i pod takim mianem przeszedł do lokalnej historii…
I na drugi świat też!
Ale to już na samym końcu swojej zbrodniczej „wojaczki”…
Wcześniej wódz „Mściciel” zarządził, że każdy chętny do jego bandy musi się własnym sumptem umundurować wojskowo i uzbroić, a że trzeba było tę bandę jakoś utrzymać, zorganizował kilka grup zaopatrzeniowców. Do ich obowiązków należało przede wszystkim „uwalnianie” zamożniejszych ludzi, a głównie bogatszych chłopów, z pieniędzy, drobiu, świń, krów, koni i wartościowszych rzeczy, które były sprzedawane paserom, celem zyskania gotówki, a w części służyły zaspakajaniu własnych potrzeb…
Na dobry początek już w listopadzie 1945 roku, banda umundurowana po wojskowemu pojechała skradzionym samochodem za Wisłę, do Babic, aby zastrzelić Jana Hudzika. „Mściciel”, jako prokurator, sędzia i kat w jednym, praworządnie i po chrześcijańsku uznał, że święta ziemia nie może Hudzika nosić, gdyż był on gminnym referentem UB… I tylko referentem…
Widocznie w Babicach im się spodobało, bo wkrótce tam wrócili i też jako wojskowi, a więc bez problemów weszli na posterunek MO, rozbroili milicjantów, zrabowali co się dało, niszcząc doszczętnie całą resztę.
Koniec roku 1945 i początek 1946, nie zostały zapisane większymi wyczynami bandy „Mściciela”, nie licząc oczywiście rabunków dokonywanych przez zaopatrzeniowców na ludności cywilnej…
Jednak w tym czasie „Mściciel”, szukając jakiegokolwiek zaplecza politycznego, wraz z kilku swoimi ludźmi zapisał się do PSL. A, że zbiegło się to w czasie z przystaniem do bandy Feliksa Kwarciaka – też członka PSL, Wądolny mianował go oficerem politycznym swojej bandy. Kwarciak pracował w wojskowej Rejonowej Komendzie Uzupełnień w Wadowicach, skąd okresowo dojeżdżał do bandy na zajęcia „polityczne”, przywożąc równocześnie różne informacje, które jako funkcjonariusz wojskowy łatwo mógł zdobywać dla pożytku bandy…
Przybrawszy płaszczyk polityczny PSL, jako przeciwstawny SL, kilkunastoosobowa grupa „Mściciela”, wieczorem 31 stycznia 1946 roku, podeszła w Zembrzycach pod posesję Szczepana Fidelusa, który przed wojną kilkakrotnie był posłem na Sejm z ramienia SL, a w 1946 roku był radnym powiatowym w Wadowicach i wójtem w Zembrzycach…
Jego niewybaczalnym błędem było to, że nie był członkiem PSL, a SL!
Dlatego też „Mściciel” postanowił go sprzątnąć, ale nie udało się, bo Szczepan Fidelus nie dał się zaskoczyć. Zobaczywszy wykrzykujących i dobijających się do bramy ogrodzeniowej podejrzanych typów zatelefonował na MO, a sam z rodziną w zamkniętym domu schronił się na strychu. Milicjanci szybko się zjawili i zaczęła się strzelanina, banda pierzchła, ale okazało się, że podczas wymiany ognia został postrzelony funkcjonariusz MO – Władysław Kłaput, który w wyniku zadanych ran zmarł. „Mściciel” przegrał więc tę akcję, ale odbił to sobie w sposób bardziej materialny, rabując dwa dni później w Państwowych Zakładach Garbarskich w Zembrzycach skórę wartości około 2,5 mln złotych. Oczywiście paserzy „Mścicielowi” tyle nie zapłacili, ale na pewno się opłaciło (milicjant w tym czasie zarabiał ok. 1.200,- zł miesięcznie). „Mściciel” jednak nie zrezygnował z Fidelusa i wkrótce, wczesnym wieczorem wysłał trzech swoich, po cywilnemu ubranych, do prywatnej restauracji w Zembrzycach. Ci sterroryzowawszy bufetową kazali jej wejść do posterunku MO mieszczącego się w tym samym budynku nad restauracją. Milicjanci, a było ich tylko dwóch, oczywiście wpuścili ją jako znajomą, ale za nią z bronią w ręku wtargnęli bandyci. Milicjanci im ulegli i podporządkowali się ich rozkazom…
Bandyci, wyjąwszy zamki z milicyjnych karabinów, tak uzbrojonym funkcjonariuszom kazali iść w charakterze oficjalnym do Szczepana Fidelusa. Banda, kryjąc się poszła za nimi. Podszedłszy do bramy zaczęli stukać i pukać, ale Szczepan Fidelus nie dał się nabrać i teraz zaopatrzony już w broń palną, widząc próbujących sforsować bramę bandytów, zaczął do nich strzelać. Bandyci nie pozostali dłużni i rozpoczęła się wzajemna strzelanina, ale bezskuteczna… Napastnicy widząc, że strzelanina za długo trwa i może zwabić interwentów – niepysznie znowu się wycofali…
Mściciel” wściekły z powodu nieudanej akcji, postanowił odbić sobie niepowodzenie i jeszcze w ten sam wieczór pojechał do Stryszowa. Tam otoczyli dom rolnika – Józefa Porębskiego. Ten, w nie zamkniętym domu siedział sobie w izbie z dwoma mężczyznami. Bandyci bez trudu cicho weszli do sieni, zaś z krzykiem wpadli do izby, dzierżąc w dłoniach broń. Wylegitymowali obecnych i okazało się, że przy jednym znaleźli legitymację UB… Stłukli go za to kolbami, wywlekli na dwór i po chrześcijańsku zastrzelili! Na odchodne sprali Porębskiego i obrabowali go, dając mu tym do zrozumienia, że nie powinien wdawać się z ubekami…
W niedzielę 24 lutego 1946 roku, o czwartej rano „wojskowi Mściciela” otoczyli w Przytkowicach dom Franciszka Suska, aby zlikwidować gospodarza. Chcieli to uczynić dlatego, że był wójtem gminy Kalwaria. Susek, słysząc i widząc zza firanki co się święci, uciekł z rodziną na strych. Bandyci wyłamali drzwi, wdarli się do domu, zaczęli szukać mieszkańców, a gdy jeden z nich wychylił się z otworu prowadzącego na strych w tedy Franciszek Susek, mając broń, strzelił do niego i napastnik spadł na dół. Zaczęła się obopólna strzelanina, ale też bezskuteczna. Ostatecznie bandyci zrabowali co się im spodobało, zabrali rannego i uciekli. Następnego dnia wyprawili się do Zembrzyc, by obrabować Andrzeja Ścieżkę…
W marcu przerzucili się do Wieprza, gdzie mieścił się 4. osobowy posterunek MO. Jako wojskowi bez problemów wieczorem weszli na posterunek, gdzie było tylko dwóch funkcjonariuszy, których rozbroili, odebrali im dokumenty, a czekając na dwóch pozostałych ładowali broń, amunicję, koce, a dla zabicia czasu niszczyli co się dało. Wreszcie wrócili z obchodu pozostali dwaj milicjanci i oczywiście wpadli w zasadzkę. Zostali łatwo rozbrojeni i postawieni pod ścianą. Część bandytów ich pilnowała, a pozostali udali się do drugiej części budynku, gdzie mieścił się sklep i kasa spółdzielcza, do których wyłamali drzwi i obrabowali…
Ze swoistym poczuciem humoru zamknęli milicjantów w pomieszczeniu dla aresztantów, a sami z łupami wynieśli się. Zostawiwszy po melinach łupy, dojechali do przystanku PKP w Zembrzycach i tam nastraszywszy kolejarza, zrabowali z kasy stacyjnej 8 tysięcy złotych.
Też w Zembrzycach, 05 kwietnia 1946 roku, pobili, wywlekli z domu do lasu i tam zastrzelili 20. letniego Franciszka Kuczaka…
Dokładnie nie wiadomo dlaczego?
W tym samym miesiącu rozwalili komisariat MO w Makowie Podhalańskim i próbowali to samo zrobić w Mucharzu, ale milicjanci uprzedzeni o tym, i znając już metody działania bandy, nie dali się nabrać na wojskowe mundury. Zabarykadowali się na posterunku, zawiadamiając o napadzie powiatową komendę MO.
Bandyci, bluzgając groźbami, żądali otwarcia bramy na posterunek w Mucharzu, jednak milicjanci nie uczynili tego. No to napastnicy obrzucili budynek granatami, ale że w oknach były założone druciane siatki, więc granaty odbijały się od nich i wybuchały na zewnątrz. Rozpoczęła się strzelanina, w czasie której nadjechała odsiecz z Wadowic. Bandyci wycofali się na południe, a że była już noc, pościg za nimi został wstrzymany. Na drugi dzień grupa pościgowa, w potoku koło Makowa Podhalańskiego znalazła zwłoki zastrzelonych dwóch mężczyzn. Wkrótce je zidentyfikowano i okazało się, że byli to poszukiwani przez służby bezpieczeństwa członkowie bandy, którzy z niej zdezerterowali i ukrywali się u rodzin. Tam zostali wykryci przez czterech nieznanych osobników, zabrani z domów i zabici…
Walcząc „o wolność i demokrację”, systematycznie funkcjonowali zaopatrzeniowcy… M.in. oni to Koźbiała z Jaroszowic uwolnili od świni i tucznika oraz zbili, w podziękowaniu za… żywiec!
Następnie napadli na ambulans pocztowy PKP, rabując 240 tys. złotych, a z kasy PKP kolejne 120 tys. złotych. W tym czasie niejaki Ignacy Sikora z Kleczy Dolnej, dotychczas wzorowy funkcjonariusz KP MO w Wadowicach, po rocznej służbie zdezerterował stamtąd i przystał do „Mściciela”. Fakt ten jest o tyle istotny, że tenże Sikora, przyjąwszy pseudonim „Prawy”, wielce się w bandzie zasłużył, a po śmierci „Mściciela” jeszcze długo dawał się we znaki społeczeństwu…
Pomimo tego, że rząd emigracyjny w Londynie formalnie w 1945 roku przestał istnieć, jego pogrobowcy nie dawali za wygraną i przy cichym wsparciu Zachodu utrzymywał i rozwijał swe struktury w Polsce. Taką konspiracyjną agendą była Armia Polska w Kraju, której sztab na Polskę południową znajdował się w Krakowie. „Mściciel”, nie chcąc być osamotniony, ale mieć poczucie określonej legalności, zgłosił swój akces do tejże Armii Polskiej i został chętnie przyjęty.
Poprzednio podałem relację z dwóch nieudanych prób zlikwidowania Szczepana Fidelusa, a że do trzech razy sztuka, wreszcie bandzie się to udało.
Dnia 05 maja 1946 roku, w Makowie Podhalańskim Szczepan Fidelus z żoną i siedemnastoletnim synem zostali na ulicy zatrzymani przez kilku uzbrojonych osobników. Jeden z nich „wylegitymował” się, pokazując na szyi ryngraf z wizerunkiem Matki Boskiej (dzisiaj byłby to pewnie Krzyż!), jako dowód, że byli… katolikami!
Zaprowadzili trójkę Fidelusów na miejscową plebanię i zamknęli w jednym z pomieszczeń, by poszukać księdza, który gdzieś się zapodział. Bandyci uznali bowiem, że ich ofiarom trzeba dać możliwość wyspowiadania się przed wykonaniem wyroku. Gdy bandyci szukali księdza Fidelusowie, rezygnując ze spowiedzi, wyszli oknem i zaczęli uciekać. Niestety, spostrzegli to bandyci i rozpoczęli strzelaninę za nimi. W wyniku tego zabili ojca i matkę, a uciekł tylko syn, który przekazał relację z masakry jego rodziców!
W tym samym czasie bandyci „Mściciela” zabili Jana Rusina z Bieńkówki – posła do Krajowej Rady Narodowej, a w Marcówce niczemu niewinną dziewczynę, o nazwisku Michalina Nowak…
Widocznie rozrastająca się banda potrzebowała więcej środków na „pensje”, gdyż systematycznie okradała m.in. ambulansy pocztowe. Tak np. 16 lipca 1946 roku, napadli na pociąg między Stryszowem a Stroniem, rabując 350 tys. złotych. Fakt ten nie miałby większego znaczenia, gdyby nie to, że przeczesując wagony wyłowili dwóch żołnierzy zasadniczej służby wojskowej na przepustce. Wywlekli ich w pole, rozbroili, rozebrali z mundurów, no i „w obronie wolnej Polski”… zastrzelili!
Banda „Mściciela”, zlikwidowawszy Szczepana Fidelusa i Jana Rusina – przedstawicieli ówczesnej władzy, kontynuowała wyzwolicielskie dzieło. Ale uzyskiwane z licznych grabieży łupy i setki tysięcy złotych stały się w pewnym momencie powodem zatargów… Podwładni „Mściciela” uznali bowiem, że ich wódz nie dzieli sprawiedliwie zdobycznej doli i za dużo sobie zatrzymuje. Rozróbę zaczęli: B. Frycz – „Twardy”, I. Sikora – „Prawy” i M. Spuła – „Feluś”. Łącząca ich „idea wolnościowa” wzięła jednak górę i jakoś się dogadali.
„Mściciel” podzielił swój oddział na pięć grup, a przywódcę rozróby o forsę – „Twardego” – mianował podporucznikiem i dowódcą jednej z grup. Teraz już bojownicy przede wszystkim patrzyli na ręce dowódców swoich oddziałów, dzięki czemu „Mściciel”, otrzymując dla swego sztabu wilczą część łupów, nie mógł być – jako jedyny posądzany o pazerność…
„Twardy” początek swojego „wodzowania” uświetnił 25 lipca, w nocy, w Barwałdzie Górnym… Przemieszczając się ze swoim oddziałem, zobaczył światła jadącego, oplandeczonego samochodu… Banda zaległa w rowach przydrożnych i otworzyła ogień. Samochód ze strzaskaną szybą wpadł do rowu, gdzie się zatrzymał, a z szoferki wyskoczył człowiek… Nie był to jednak ani ubek, ani milicjant, ale Bogu ducha winny… kupiec z Krakowa – Marian Stanek. Drugi jadący samochodem z niego nie wyskoczył, bo był już… nieboszczykiem! Miał strzaskaną kulami głowę i klatkę piersiową, a nazywał się Józef Brodowicz. Opróżniając samochód, jego zwłoki wrzucono do rowu, a skrępowanego Stanka w pobliskie krzaki…
Po dokonaniu tych jakże zbożnych i szlachetnych czynów, banda w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, ruszyła w swoją dalszą drogę… Ale nie zaszła daleko, gdyż od Wadowic nadjechał kolejny oplandeczony samochód. Na wszelki wypadek zaczęli go już z dala ostrzeliwać. Samochód się zatrzymał i wyskoczyli z niego, jak się okazało, funkcjonariusze MO i UB, i też sobie postrzelali, ale ze względu na przewagę liczebną bandy, pozostawiając samochód planowo się wycofali, zakryci mrokami nocy… Trupów nie było, banda wsiadła do zdobytego samochodu i podjechała pod posterunek MO w Kalwarii, domagając się jego otwarcia. Obecni na posterunku nie usłuchali polecenia, więc zaczęła się strzelanina, w wyniku której w budynku zginął jeden z funkcjonariuszy – Bednarz… W czasie strzelaniny zjawił się patrol 18. Pułku Piechoty i po krótkiej strzelaninie, banda bez strat w ludziach po prostu uciekła…
Następnym wyczynem „bojowników o wolną Polskę” był napad dokonany 4 sierpnia, na sołtysa w Ponikwi, Józefa Gracę. Skończyło się tylko na rabunku i zniszczeniu dokumentów służbowych, a sołtysowi zwrócono uwagę i pouczono go, żeby wiedział, co „Mściciel” potrafi! W następnych dniach sierpnia banda nie leniuchując, obrabowała z pieniędzy stację PKP w Andrychowie i Stryszowie. Wkrótce „Mściciel” z sześćdziesięciu bojownikami napadł na pociąg osobowy w Barwałdzie Górnym… Zrabowali z ambulansu forsę, a z wagonów wyłowili ośmiu funkcjonariuszy MO oraz dziesięciu żołnierzy. Potraktowano ich jednak po ludzku, gdyż tylko ich rozbrojono oraz zabrano mundury i dokumenty!
Jak z dotychczasowej relacji wynika, banda dysponowała mundurami wojskowymi i milicyjnymi oraz odebranymi funkcjonariuszom legitymacjami służbowymi. Łatwo więc było im dopuszczać się różnych niecnych czynów, które wielokrotnie przypisywane były przedstawicielom… ludowej władzy!
No bo jak ludziska mogły odróżnić przebierańców od prawdziwych funkcjonariuszy?
Ilość trupów pozostawionych przez bandę, ilość zrabowanych państwowych pieniędzy, miały duże znaczenie propagandowe, gdyż dowodziło to, że władza jest bezradna i bezsilna…
A któż szanuje i poważa taką władzę?
Dodając do tego perfidne działania przebierańców – można sobie łatwo wyobrazić powszechne nastroje społeczne…
W połowie sierpnia 1946 roku, banda przemieszczając się, napotkała w okolicy Marcówki pięcioosobowy konny patrol żołnierzy 18. pułku piechoty. Został on ostrzelany, w wyniku czego zginął porucznik Skuziński i st. sierż. podch. Niewiadomski. Reszta patrolu zbiegła. Pod koniec sierpnia „Mściciel” z pięćdziesiątką swoich ludzi, nad ranem dokonał nieudanego napadu na posterunek MO w Lanckoronie, a wkrótce, też bez efektów, na posterunek w Stryszowie. Funkcjonariusze, nauczeni poprzednimi doświadczeniami, byli już bardziej czujni i przygotowani na napady. Dlatego „Mściciel” też poszerzył taktykę zabijania funkcjonariuszy. Np. w restauracji w Stryszowie, w biały dzień jakiś facet podbiegł nagle do stolika przy którym siedzieli: Jan Guzdek, Stanisław Ściera – funkcjonariusz PUBP oraz Józef Sołtys – milicjant ze Stryszowa, i wystrzelał do nich cały magazynek z pistoletu. Podobnie, bo w biały dzień, zaplanowano likwidację sekretarza KP PPR w Wadowicach – Władysława Pasternaka. Akcję zaplanował i kierował nią poznany wcześniej Feliks Kwarciak, pracujący w RKU. Trójka wykonawców wyroku, ubrana po cywilnemu oczekiwała w alejce prowadzącej do stacji PKP w Wadowicach na pociąg, którym Pasternak dojeżdżał do Andrychowa. Przed odjazdem pociągu bandyci zobaczyli Kwarciaka idącego tuż za starszym facetem, którym był Pasternak. Kwarciak, wskazawszy w ten sposób cel, odszedł na bok, a wówczas wykonawcy wyroku ostrzelali skazańca i zbiegli… Rannego Pasternaka zawieziono do szpitala, ale i tam dotarło za nim dwóch ludzi Kwarciaka, oczywiście po to, aby dobić rannego… Na przeszkodzie stanął im czuwający tam milicjant – Józef Adamczyk, którego w wyniku strzelaniny zabili i znowu zbiegli… Pasternak ocalał, ale zginął Bogu ducha winien funkcjonariusz… wypełniający tylko swoje obowiązki!
Właśnie taki sposób prowadzenia „walki wyzwoleńczej” spowodował, że znaczna część społeczeństwa zaczynała mieć już dosyć chaosu. Atmosfera wokół „Mściciela” zaczęła się zagęszczać.
Spowodowało to u wodza narastanie podszytej strachem podejrzliwości…
Jedną z licznych ofiar tej niebezpiecznej cechy stał się Józef Szarek z Rokowa, spokojny, nie udzielający się politycznie człowiek, pracujący jako dróżnik w Rejonie Dróg Publicznych. Z tytułu wykonywanej pracy miał on doskonałe rozeznanie o wszelkim ruchu różnych ludzi na drogach. Wiedział więc kto, kiedy i gdzie się przemieszcza. I tylko to rozeznanie nie podobało się „Mścicielowi”, który przez swoich wysłanników kazał Szarkowi zrezygnować z pracy. Ale ten się uparł, bo miał odpowiadającą mu dobrą robotę, a na utrzymaniu żonę i dwóch synów – nie rzucił więc pracy. I to było powodem, że „Mściciel” wydał na niego wyrok śmierci, którego wykonawcą w asyście drugiego wojownika został „Prawy” (I. Sikora). Szarka zastrzelono nad Skawą. Została matka z dwojgiem nieletnich synów.
Ale to nie było zmartwieniem „wyzwolicieli” tej rodziny od Męża i Ojca!
Podejrzliwość „Mściciela” wykorzystywali też jego kolesie… Do osobistych porachunków! Gdyż wystarczyło rzucone podejrzenie o współpracę z UB, by nie było mocnych… Sami swoi zastrzelili Józefa Sasułę „Sokoła”, z Makowa Podhalańskiego, jako podejrzanego o taką współpracę. Nawet dowódca grupy Bronisław Fryc „Twardy”, też się nie uchował… Na podstawie podejrzenia zastrzelił go ubiegający się o dowództwo grupy Ignacy Sikora „Prawy”. „Mściciel” bowiem uwierzył, że „Twardy” jest „miętki” i współpracuje z UB… Bez zbędnych wyjaśnień zaakceptował jego ubicie, za które wynagrodził… „Prawego”!
Członkowie oddziału „Mściciela”, zajmując się zawodowo działalnością polegającą na walce z władzą ludową, musieli nie tylko sami siebie, ale również swoje rodziny utrzymać oraz opłacać meliniarzy… Ponieważ rabunki dokonywane przez bandę nie wystarczyły na pokrywanie powyższych kosztów, „Mściciel” zwrócił się do swoich władz w Krakowie, do „Sztabu” Armii Polskiej w Kraju, o dofinansowanie… „Sztabowcy”, mając jednak podobne problemy ekonomiczne, postanowili je rozwiązać poprzez dokonanie opłacalnego napadu…
Po przeprowadzeniu wcześniej stosownego rozpoznania, uczyniono to 31 października 1946 roku w Krakowie. Oczywiście „sztabowcy”, będący tylko od myślenia, nie brali bezpośrednio udziału w napadzie… Dokonało tego zbożnego czynu sześciu bandytów „Mściciela”, oddelegowanych w tym celu do Krakowa. Napadli na dwóch kasjerów PKP konwojowanych przez dwóch SOK-istów i terroryzując bronią odebrali im trzy i pół miliona złotych. Z tej kwoty „Mściciel” otrzymał pół miliona, uczestnicy napadu po dwadzieścia tysięcy, resztę – prawie trzy miliony złotych – pozostawił na swoje utrzymanie krakowski „Sztab” armii podobno polskiej…
Przypomnę jeszcze raz, że funkcjonariusz MO zarabiał wtedy średnio 1.200,- złotych miesięcznie…
Kontynuując „wyzwolicielską” działalność, banda „Mściciela” pod koniec 1946 roku dopadła w Wyźrale Franciszka Mieszczaka i został, ot tak sobie… zastrzelony! W tym samym czasie, w Zawoi banda napadła na dom rodzinny Tadeusza Stypuły, który na swoje nieszczęście był pracownikiem UB, ale na jego szczęście nie było go w domu… Więc w zastępstwie bandyci brutalnie zgwałcili jego siostrę Władysławę… Ale wartości chrześcijańskie nie pozwalały im, żeby żyła w hańbie! Więc ją – jak wielu niewinnych – też… zastrzelili!
Niewiarygodnego mordu dokonali na Brańce – wiejskim sklepikarzu z Barwałdu. Wpierw, celem zmiękczenia, trzymali go w piwnicy, ale widocznie nie skruszał odpowiednio, no to go zamordowali. I nie byłoby to czymś nadzwyczajnym dla tych zbirów, gdyby nie to, że wieńcząc swoje dzieło, odrąbali Brańce głowę i zatknęli na płocie koło jego chałupy!
Wieś musiała wiedzieć, jak dzielnie „walczą o wolną Polskę”!
Objąwszy dowództwo jednej z grup, I. Sikora „Prawy” – tępiciel zwolenników władzy ludowej – na dobry początek swojej działalności zamordował Leokadię Łukasiewicz. Jej wina polegała na tym, że jako nauczycielka w Wielkich Drogach ośmieliła się, jak wielu nauczycieli, być działaczką społeczną.
Następnie za przychylność władzy ludowej zamordował Józefa i Tadeusza Łysików w Izdebniku, a Franciszkowi Ormusowi spalił zabudowania, żeby wiedział, kto tam rządzi!
Nie zasypiał gruszek w popiele dowódca innej grupy – M. Spuła „Feluś”…
Pod koniec roku 1946, z kilkoma członkami swego oddziału ubranymi w mundury wojskowe, napadł na przystanek PKP w Ryczowie, obrabował kasę, a gdy nadjechał pociąg, z ambulansu pocztowego zabrał 170.000,- złotych i sześć worów z tekstyliami.
Wśród pasażerów „wyzwoliciele” znaleźli dwóch wojskowych, ale akurat tego dnia odeszło ich chrześcijańskie miłosierdzie więc większej krzywdy im nie zrobili, tylko po odebraniu broni oraz mundurów, pozwolili boso i w bieliźnie jechać pociągiem dalej. Sami z łupami udali się na melinę w Brzeźnicy…
Dnia 26 grudnia 1946 roku, „Prawy” z kilkuosobową grupą wszedł na przedstawienie w Kleczy Dolnej, gdzie zebranych poinformował, że są żołnierzami Armii Polskiej w Kraju i będą do ostatka walczyć o „wolną Polskę” oraz zaapelował do obecnych o poparcie w tej sprawie i udzielanie pomocy. Wygłosiwszy powyższe przemówienie wyszedł na drogę, by odetchnąć świeżym powietrzem, pozostawiając swoich „żołnierzy” na przedstawieniu. Na drodze natchnął się na nadchodzącego z żoną chorążego Wojska Polskiego – pracownika RKU Józefa Sadzikowskiego. Przy próbie wzajemnego wylegitymowania się szybszy okazał się „Prawy” i zastrzelił Sadzikowskiego, a następnie jego żonę, która w obronie męża rzuciła się na bandytę… Była w ciąży, a poza tym mieli sześcioro nieletnich dzieci! Ale to już nie był problem „wyzwoliciela”, który ją pozbawił życia, nosząc jakże nobilitujący pseudonim… „Prawy”!
Skończył się 1946 rok. Jeden z oddziałów „Mściciela” w mundurach wojskowych, pod wodzą „Felusia” – Mieczysława Spuły, postanowił uczcić koniec roku stosownie, tj. zgodnie z ich moralnymi i katolickimi zasadami… Wybrali się więc na zabawę sylwestrową do Zelczyny. Po drodze w Ochodzy spotkali trzech mężczyzn po cywilnemu, ale dwóch z nich miało przewieszone pepesze, a jeden miał karabin. Mężczyźni zaskoczeni przez umundurowanych bojowników, dali się rozbroić i wylegitymować. Byli to ormowcy z Ochodzy wracający z zabawy sylwestrowej w Zelczynie: Wojciech Kucharczyk, Franciszek Lelek i Jan Linkiewicz. Do domów nie wrócili, bo oczywiście, jako ormowcy, zostali zastrzeleni. Po dokonaniu tego chrześcijańsko-wyzwoleńczego czynu banda mogła już z czystym sumieniem udać się do Zelczyny na zabawę. A tam bawiono się w najlepsze, gdy na salę wszedł „Feluś” z kompanami dzierżącymi po chrześcijańsku broń w dłoniach… Nastała cisza… „Feluś” rozkazał, aby mężczyźni ustawili się po prawej, a kobiety po lewej stronie sali, następnie ryknął: „ormowcy wystąp!” Nikt nie wystąpił, więc wszystkich mężczyzn wylegitymowali i znaleźli trzech ormowców – młodych miejscowych rolników: dwóch Józefów Opyrchałów i Wojciecha Stokłosę. „Feluś” kazał im się położyć na podłodze, a następnie z pepeszy wystrzelił w nich cały magazynek, potem przetrząsnął kieszenie nieboszczyków, zabrał legitymacje oraz drobne pieniądze i już więcej nie zakłócając zabawy, opuścił z kompanami tego pamiętanego do dzisiaj w Zelczynie sylwestra…
Gdy podkomendni „Mściciela” zabawiali się w sylwestra w wyżej opisany sposób, sam wódz postanowił odświętnie i manifestacyjnie uczcić koniec 1946 roku. W samo południe na czele licznego, umundurowanego wojskowo i uzbrojonego w broń maszynową oddziału, zaszczycił swą rodzinną wieś – Łękawicę…
Jechał na czele, na białym koniu, a za nim maszerowali pozostali „wyzwoliciele” w czterech kilkudziesięcioosobowych oddziałach, za którymi jechał wóz z prowiantem i amunicją. Pokazawszy Łękawiczanom kim on to nie jest, „Mściciel” z oddziałem rozlokował się po domach na skraju wioski, wystawiając wokół posterunki wartownicze, mające zapewnić mu spokojne świętowanie.
Przypomnę, że w kraju działał rząd jak najbardziej legalny, gdyż uznany nie tylko przez Związek Radziecki, ale też przez światowe mocarstwa, takie jak USA, Wielka Brytania, Francja, Włochy – nie mówiąc o innych. Ze wszystkimi tymi państwami Polska miała oficjalne stosunki dyplomatyczne, a już w 1945 roku została przyjęta do ONZ!
Po olbrzymich zniszczeniach wojennych kosztem wielu wyrzeczeń, wszyscy normalni Polacy przystąpili do realizacji trzyletniego planu odbudowy kraju, zasiedlania i zagospodarowywania Ziem Odzyskanych itd.
Ale w Londynie pozostał szczątkowy „rząd emigracyjny”, który – chociaż nie uznawany przez jakiekolwiek państwo! – nie pogodził się z tym, że w Polsce nie ma już przedwojennych, sanacyjnych porządków, a najgorszym dla londyńczyków było to, że zostali beż żadnych wpływów na politykę, odsunięci od władzy, czyli mówiąc wprost – od żłobu!
Stąd też, na bazie pozostałych z czasów okupacji swoich struktur organizacyjnych w Polsce, sami żyjąc sobie bezpiecznie i dostatnio w Anglii, Rodakom zorganizowali w ich własnym kraju zbrojne, terrorystyczne podziemie…
Które pod „wyzwoleńczymi” hasłami, mordowało nie tylko wojskowych czy ubeków, ale też całe rzesze niewinnej ludności cywilnej…
I częścią składową tych struktur była m.in. ta wynoszona dzisiaj pod niebiosa… banda „Mściciela”!
Niestety, czyny „wyzwolicieli” nie pokrywały się z głoszonymi hasłami…
Dzięki temu „Mściciel” nie zdążył jeszcze dobrze rozgościć się w Łękawicy, a powiatowe służby bezpieczeństwa dowiedziały się od mieszkańców o jego sylwestrowym pokazie bezkarności… Nastąpiła błyskawiczna mobilizacja i ponad 200. osobowy oddział dotarł do Łękawicy…
Po godz. 19.00 otoczył wieś i ruszył do bratobójczego szturmu. Rozpoczęła się strzelanina, wybuchy granatów, zaczęły palić się domy, padać trupy… Zaskoczony „Mściciel”, widząc, że nie ma wyjścia, postanowił uciekać, aby ratować własną skórę, pozostawiając wiernych mu „żołnierzy” na łasce losu, a ściślej mówiąc – na oczywistej niełasce szturmujących… Wskoczył więc na swojego białego konia i w ogólnym zamęcie, mimo ostrzeliwań, zwiał tchórzliwie do jednej ze swoich licznych a nieznanych melin…
Walka pomału wygasła, po obu walczących stronach pozostali zabici i ranni, część bandy w rozproszeniu uciekła na wszystkie strony, za wyjątkiem ponad 20. jej członków, którzy się poddali.
Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że główne siły tchórzliwego „Mściciela” zostały rozbite. Sam wódz gdzieś się ukrył… Ale nie na długo… Dzięki temu, że złapano łączniczkę krakowskiego sztabu Armii Polskiej w Kraju, która niosła wytyczne do „Mściciela”…. Niedoświadczone, wystraszone dziewczę, myśląc o własnej młodej skórze, bez większych oporów podało adres kontaktowy, pod którym miał na łączników czekać „Mściciel”…
No i stało się…
Dnia 14 stycznia 1947 roku, o świcie grupa żołnierzy KBW zaczęła cichcem otaczać dom w Łękawicy, w którym się ukrywał…
Próba zaskoczenia przez KBW nie udała się jednak, gdyż żołnierze zostali zauważeni, a „Mściciel” wybiegł z meliny, chcąc znowu uciec do lasu…
Oczywiście, został ostrzelany i… padł!
Ale ku zaskoczeniu wszystkich nie od postrzału, tylko w wyniku wybuchu granatu…
A zaskoczenie taką przyczyną śmierci „Mściciela” wynikało stąd, że siłą bezpieczeństwa nie chodziło o to, aby go zabić, ale ująć żywcem!
W związku z tym żołnierze mieli rozkazane, by w przypadku nie poddania się „Mściciela”, ale próby jego ucieczki, strzelać mu tylko w nogi. Taki humanitarny rozkaz był podyktowany tym, że zabicie tak znaczącego terrorysty kończyło w zasadzie jego sprawę… Natomiast żywy dawał możliwość pokazowego sądu, który byłby filmowany, a następnie w kronikach filmowych publikowany w kinach ku przestrodze innym, jak to w owych czasach czyniono w celach propagandowych!
Badano więc, jak to z tym wybuchem granatu było…
I ustalono, że „Mściciel” miał granat w kieszeni spodni, który tam trafiony kulą z rkm-u, wybuchł, oszczędzając właścicielowi upokarzającego, pokazowego procesu…
W melinie, z której wybiegł „Mściciel”, znaleziono torbę z dokumentami, a wśród nich legitymację wystawioną przez Komendę Główną Armii Polskiej w Kraju dla porucznika „Granita”, gdyż pod takim pseudonimem w aktach konspiracyjnych „Mściciel” figurował. Na podkreślenie zasługuje tu fakt, że „Mściciel” otrzymał stopień oficerski, chociaż nawet nie otarł się o służbę wojskową. Jego mocodawcy zastosowali więc wyśmiewaną przez nich samych, a praktykowaną w tamtych latach przez władze ludową zasadę „nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera”…
Z kronikarskiego obowiązku należy dodać, że na plakatach propagujących powyższe hasło często dopisywano: „nie pomogą szczere chęci, z gówna bata nie ukręci!”.
Poza tym w torbie znaleziono rozkaz w/w Komendy, przyznający porucznikowi „Granitowi” Krzyż Virtuti Militari i Krzyż Walecznych oraz to ostatnie odznaczenie dla 25. członków jego bandy. Znaleziono też legitymację członkowską PSL, dokumenty osobiste ze zdjęciami M. Wądolnego na nazwisko Zdzisław Felus, pieczątki itp.
Takie to były czasy dwuwładzy…
Nielegalna odznaczała swoich za to, że zabijali legalnych, a legalna władza, uznana przez wszystkie państwa świata, odznaczała swoich za to, że likwidowali nielegalnych….
Za granicą niektóre środowiska z satysfakcją zacierały ręce, że głupi Polacy sami między sobą się wyżynają!
A gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta…
Sama tylko banda „Mściciela” zamordowała ponad 60 Polek i Polaków, a działały jeszcze inne, które w swoim bandyckim procederze nie tylko nie pozostawały w tyle, ale jeszcze „mścicielowych” swoimi zbrodniami przebijały…
Rozbicie bandy „Mściciela” spowodowało znaczne ograniczenie morderstw i rabunków w powiecie wadowickim…
Społeczeństwo w przeważającej części miało wtedy już dość bandytyzmu, w związku z czym przybywało ludzi współpracujących z siłami bezpieczeństwa… Znaczną część członków band stanowili młodzi, zbałamuceni ludzie, którzy również mieli dosyć dzikiego życia, ukrywania się, niepewności jutra i braku perspektyw na normalne życie, jakie prowadzili ich rówieśnicy w „cywilu”.
I osobiście znam takich, jeszcze żyjących, co najmniej dwóch…
W Polsce następowała szybko normalizacja, nie było większych problemów ze znalezieniem pracy, czy możliwością bezpłatnego kształcenia się, które obecnie przyniosła ze sobą… „demokracja”!
Pomimo powojennej biedy, Polska była jednym wielkim placem odbudowy i budowy… Teraz coś takiego nazywa się robotami publicznymi, ale tylko nazwa istnieje, gdyż takich robót się nie prowadzi. Jest za to rosnące z dnia na dzień bezrobocie oraz bardzo kosztowne kształcenie polskich dzieci i młodzieży!
I dlatego ogłoszono… amnestię.
Ujawniający nie chwalili się nadmiernie swoimi najcięższego kalibru zbrodniami, a dla władzy nie miało to większego znaczenia, czy bandzior tylko rabował, torturował swe ofiary – przepraszam, nie torturował, a wymierzał karę chłosty np. kolbą karabinu – czy zamordował jedną, albo kilkanaście osób…
Wszystkim puszczono bezkarnie dokonane czyny w niepamięć!
Wielu młodych ludzi zrozumiało swój błąd i wróciło do normalnego życia…
Ale nie wszyscy…
Mieczysław Spuła „Feluś”, z kilkuosobową grupką, mordując i rabując nadal „walczył o niepodległość”… Do 1949 roku… Został zastrzelony w czasie snu razem ze swoim przybocznym, przez „Kosa”, członka jego bandy.
Czy dzisiejsi „histerycy” są wstanie policzyć ile niewinnych istnień ludzkich „Kos” swoim „haniebnym” czynem uratował?

I właściwie na tym powinienem zakończyć historię „Mściciela” i „Felusia”…
Opracowaną kilkanaście lat temu na podstawie rozmów z żyjącymi jeszcze świadkami tamtych dni, których najbliżsi bądź sąsiedzi zostali poszkodowani opisanymi wcześniej działaniami „wyzwoleńczymi” oraz byłymi pracownikami PUBP, w tym tymi, którzy w owych czasach uczestniczyli w walkach z bandami…
Ale w opisywanych zdarzeniach występowało wiele samozwańczych bojowników – rozbójników, podszywających się pod różne firmy.
Dlatego będąc przewidującym dodam, że jeżeli AK-owcy chcą się do nich zaliczyć, to ich sprawa… Jednak przy takim wyborze „patriotycznej” walki, należałoby zadać kilka pytań:
– dlaczego powojenni „wyzwoliciele” nie byli tak aktywni i operatywni w czasie okupacji, w walce z niewątpliwym wrogiem, jakim byli Niemcy?
– dlaczego nie napadali na posterunki granatowej policji oraz niemieckich służb? dlaczego nie puszczali w gaciach niemieckich żołnierzy, jak robili to z polskimi?
– dlaczego nie zabijali tak często różnych kolaborujących z Niemcami Polaków, jak robili to z Polakami po 1945 roku?
– dlaczego…?
Niedaleko, bo w Oświęcimiu, dymiły kominy krematoriów, a wiatr zawiewał czasami dym ze spalanych ludzkich ciał nie tylko do Wadowic… Polacy wiedzieli, jaki los mają zgotowany i realizowany przez hitlerowców, a jednak „wyzwoliciele” nie walczyli z nimi tak bezwzględnie, jak z Polakami, a to tylko dlatego, że Polacy ci reprezentowali lewicowe poglądy i chcieli budować sprawiedliwość społeczną…
Nie wiem – chociaż mogę się domyślać, że tak będzie – ilu po tej publikacji, żyjących jeszcze Żołnierzy Armii Krajowej, którzy zapisali chlubne karty w walce z hitlerowskim okupantem, podpisze się np. pod takim oświadczeniem: tak, to co robiły bandy „Mściciela” i jemu podobnych – to nasza firma!
Ale jeżeli podpiszą się pod takim oświadczeniem, to stojąc dumnie ze sztandarem AK-owskim w czasie różnych uroczystości państwowych i kościelnych, niechaj pomyślą, że wśród uczestników tych obchodów stoją również dorośli już ludzie, a kiedyś małoletnie sieroty po zamordowanych ojcach i matkach, których winą było tylko to, że służyli w wojsku, byli szeregowymi milicjantami bądź referentami służby bezpieczeństwa, ludźmi o lewicowych poglądach, które mieli odwagę wyrażać, albo tylko polskimi chłopami, którzy nie chcieli oddać – nierobowi „Mścicielowi” – swojej ciężko zapracowanej krwawicy!
Bo nie piszę tu o AK, a więc żołnierze tej Armii nie mają się o co oburzać, ale jeżeli chcą, to… ich sprawa!
Przedstawiłem fakty zapisane na kartach historii, niezliczoną ilością nazwisk zatartych już zębem czasu na nagrobnych pomnikach oraz w pamięci już coraz mniej licznych, ale żyjących jeszcze świadków tamtych dni…
I nie ważne, czy się to komuś podoba, czy nie…
Szczególnie, że Ofiar tych zbrodni nikt dzisiaj nie wspomina!
W tym dniu pamięci… Polaków wyklętych!
A nadto nie chcę, by „Wądolny”, „Feluś” i cała kupa podobnych im pospolitych zbrodniarzy, którzy z zimną krwią gwałcili, mordowali, palili i grabili jakże często niewinnych, była kiedykolwiek wzorem do naśladowania dla mojej wspaniałej Wnuczki…
Podobnie jak druga kupa podobnych wyżej wymienionym ubeków…
Bo nie można zaprzeczyć, że po jednej i po drugiej stronie były całe rzesze zarówno bandziorów jak i porządnych, prawych ludzi…
Jednak to nie uprawnia, aby tych porządnych z jednej i drugiej strony odstawić do lamusa niepamięci, a do rangi – wręcz świętości, wynosić bandytów, upapranych w krwi niewinnych Ofiar po pachy!

(scorpion)
NAPISZ DO MNIE: KONTAKT