Wadowice

n/a°C

" ... Największym niebezpieczeństwem jest,
kiedy się człowieka zniewala mówiąc mu jednocześnie
że czyni się go wolnym.
Temu musimy zapobiec." Karol Józef Wojtyła.
scorpion
kontakt wcieniusanpietro.blogspot.com zbyszekjurczak.pl wadowiceonline.pl pałacowy bajkopisarz blog dziadunia obywatel wadowic tatoo-krakow.com inicjatywawadowice.pl wadowickie ciekawostki cedron news
Start » Z kart historii » Łajdackie zakłamywanie naszej historii…
Łajdackie zakłamywanie naszej historii… poniedziałek, 27 Styczeń 2014, godz. 15:05

Wczoraj bez echa minęła 69. rocznica wyzwolenia Wadowic spod okupacji hitlerowskiej…
Przemilczana, bo trzeba by głośno powiedzieć, że wolność miastu i jego mieszkańcom przynieśli młodzi, po wielokroć jeszcze niepełnoletni chłopcy z czerwoną gwiazdą na swojej żołnierskiej czapce…
Dzisiaj w Oświęcimiu trwają kolejne uroczystości poświęcone pamięci o… holokauście, dające wrażenie, że tam, w obozie hitlerowskim ginęli tylko Żydzi, co jest wierutnym kłamstwem, świadomym zakłamywaniem historii, z której ponad wszelkie spory wynika, że ten właśnie obóz w Oświęcimiu został zbudowany przez okupanta przede wszystkim dla wyniszczenia niepokornych, nie poddających się jego woli Polaków!

Ale niestety, Dnia Zagłady Polaków oraz Wiedzy o Zbrodniach popełnionych w oświęcimskim obozie hitlerowskim trudno się doszukać w kalendarzu tej placówki typowo… żydowskiej!
Polskie władze zachowują się tak, jakby Polaków tam nigdy nie było…
Kiedy właśnie teraz słucham sejmowego wicemarszałka (tfu) Grabarczyka, jak bez wazeliny „włazi w zadek” żydowskim uczestnikom spotkania w Oświęcimiu, zapominając o brutalnie mordowanych tam Polakach oraz członków innych narodów – nóż się w kieszeni otwiera… Podobnie jak na myśl, iż w naszym Królewskim Krakowie nigdy nie obradowała żadna z Izb Parlamentu polskiego, ale będzie dzisiaj „debatował” izraelski Knesset…
Jakim prawem?
Czy za chwilę dowiemy się, że nasze miejsce w… Palestynie?
Bo… Polska, to przecież ziemia żydowskich ojców i dziadów, a nie Polaków, którzy tę ziemię zabrali Żydom siłą!

Ale czy możemy się dziwić zakłamywaniu historii o jednym hitlerowskim obozie zagłady, kiedy tu, w Wadowicach świadomie eliminuje się z jej kart prawdę historyczną, a tę, której wyeliminować nie sposób, po prostu się przemilcza, tak jak wczorajszą rocznicę wyzwolenia…

Więc może, aby zwłaszcza lokalnym „histerykom” przypomnieć, cofnijmy się w czasie i możliwie krótko przypomnijmy…

KOLEJNA OKUPACJA

Już we wrześniu 1939 roku, mimo wcześniejszych zapewnień Naczelnego Wodza, że „… nie odda nawet guzika od żołnierskiego munduru” oraz plakatów z hasłem „… silni! zwarci! gotowi!”, załamała się obrona wojsk polskich, okupant opanował terytorium całej Polski. Mieszkańcy Wadowic stanęli przed nową, nieznaną rzeczywistością. Sprzeczne informacje i komunikaty powodowały masową ucieczkę ludności cywilnej, która w przerażeniu tarasowała drogi, utrudniając przemieszczanie się wojsk polskich. Zachowanie takie prowadziło także do licznych w tym czasie tragedii – zgrupowanie w jednym miejscu dużej liczby osób stanowiło łatwy cel dla załóg samolotów nieprzyjaciela. Już drugiego dnia niemieckiej okupacji na zatłoczonym odcinku drogi w Choczni od zrzuconych przez niemieckie samoloty bomb zginęło 40. osób, w tym 29 osób cywilnych.

4 września, do opustoszałego miasta wkroczyły wojska niemieckie, witane kwiatami przez nielicznych pozostałych tu Niemców, z niecierpliwością oczekujących na… swoich. Nastąpił całkowity rozpad obowiązującego wcześniej porządku oraz ustanie działań obowiązujących do tego czasu praw. Na magistracie (zresztą, tak jak jeszcze nie tak dawno), szkołach i innych instytucjach powiewały szmaty – wtedy flagi okupanta, a powracający już nie do Wadowic, ale do „Wadowitz Ober Schlesien”, z bezcelowej tułaczki mieszkańcy zapoznawali się z jego obwieszczeniami i komunikatami rozwieszanymi na słupach ogłoszeniowych i murach „Adolf Hitler Platz” – bo tak nazwał okupant wadowicki rynek. Wzywały one do oddawania broni i radioodbiorników oraz zachowania ustalonej przez okupanta „dyscypliny”. Informowały również, że za naruszenie praw okupanta i obowiązków okupowanego grozi śmierć. Polacy po załatwieniu spraw meldunkowych, otrzymaniu dokumentów okupanta, zgłaszali się do swoich poprzednich miejsc pracy. Zakazem pracy objęto Żydów, została im zabroniona wszelka działalność.Ostatnie dni września wzbudziły w wadowiczanach nadzieję – profesor gimnazjum, germanista Józef Titz, otrzymał od niemieckiego starosty zgodę na rozpoczęcie nauki w placówce, którą jednak po zapoznaniu się z nazwiskami wykładowców i uczniów zamknięto na pozostałe lata okupacji.

Już 10 listopada 1939 roku Wadowicami wstrząsnęła tragiczna informacja o aresztowaniu członków pierwszej grupy konspiracyjnego podziemia. Z domu przy Alei Wolności hitlerowcy zabrali m.in. Stefana Boryczkę, Jana Dudonia i Wincentego Bałysa, młodego utalentowanego plastyka, absolwenta wydziału rzeźby Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, członka grupy plastyczno-literackiej „CZARTAK II” powstałej pod patronatem poety Emila Zegadłowicza. Aresztowani nigdy nie wrócili do swych domów, zostali rozstrzelani w Krakowie 22 grudnia 1939 roku.

Faszyści, eliminowali wszelkie przejawy polskości – zamurowali na frontonie kościoła parafialnego tablicę poświęconą Henrykowi Sienkiewiczowi, rozbili posągi Juliusza Słowackiego i Emila Zegadłowicza w gimnazjum, podjęli próbę zniszczenia figury św. Józefa z Dzieciątkiem Jezus usytuowanej do dnia dzisiejszego w jednym z okien zabudowań Karmelu, z nienawiści oraz chęci zniszczenia ducha patriotyzmu i wolności wśród wadowiczan spalili ogromny stos polskich książek na placu Papierni, z których jednak setki najwartościowszych pozycji zostały wcześniej wyniesione, uratowane przez pracujących tam prawdziwych wadowickich Polaków-patriotów.Pracownicy zakładu ogrodniczego, wybudowanego jeszcze przed wojną w Parku Miejskim, uratowali od zniszczenia, stojącą przy jednej z alejek parku figurę Matki Bożej, poświęconą przez ks. Andrzeja Zająca, jednego z proboszczów wadowickiej parafii, wywożąc ją na czas okupacji na tutejszy cmentarz.Nie udało się jednak uratować cennych XVI i XVII-wiecznych druków, biblioteki i zbioru świątków beskidzkich Jędrzeja Wowry zagrabionych przez hitlerowców dla uzupełnienia swoich prywatnych kolekcji.W listopadzie 1939 roku miasto zostało włączone do „rdzennych” ziem niemieckich – z granicą na rzece Skawie – co wiązało się z uruchomieniem pracy nowych instytucji i urzędów. W Wadowicach zjawili się wraz z rodzinami niemieccy urzędnicy, celnicy, policjanci i aby ich osiedlić należało wyrzucić wadowiczan z ich własnych mieszkań. W ten sposób m.in. wysiedlono mieszkańców wielu domów w mieście i prawie wszystkich mieszkańców ulicy Aleja Wolności, pozostawiając nielicznych właścicieli domów (niezbędnych do pracy na rzecz nowo przybyłych Niemców) w ich suterenach, bądź piwnicach (m.in. rodziny: Jodłowskich, Nieciaków, Ślusarczyków). W budynku byłego Towarzystwa Upiększania Miasta Wadowic i Okolic w Parku Miejskim Niemcy pozostawili także wdowę po zmarłym przed wojną ogrodniku Rudolfie Wyrobie, Zofię w raz z trójką dzieci, zmuszając wszystkich do pracy w tamtejszych obiektach ogrodniczych. Najmłodszy z rodzeństwa w chwili wybuchu wojny miał zaledwie 11 lat.

Pod zarząd władz niemieckich przeszły zakłady pracy, majątki miejskie i instytucje publiczne. Wyznaczono godzinę policyjną. Zakupy podstawowych artykułów pierwszej potrzeby zostały ograniczone wprowadzonymi przez okupanta kartkami żywnościowymi – w większości przypadków papierami bez pokrycia w towarze. Na okolicznych rolników Niemcy nałożyli tzw. „obowiązek kontyngentowy”, spłacany przez okupanta także kartkami, najczęściej na alkohol. Nie wywiązanie się przez rolnika z tego obowiązku groziło wywiezieniem całej jego rodziny do obozu zagłady w Oświęcimiu. Okupant zlikwidował natychmiast wadowickie, polskie drukarnie, a pozostawione pod swoim zarządem wykorzystywał jedynie do druku publikowanych obwieszczeń i list osób rozstrzelanych. Polaków obejmował zakaz organizowania się, korzystania z restauracji i cukierni.

Kolejnym po Polakach celem dyskryminacji byli Żydzi, których w samych Wadowicach mieszkało ok. 2 tysiące. Początkowo wszystkich, aby nie było wątpliwości co do przynależności rasowej, oznakowano gwiazdą Dawida naszytą na noszonej odzieży i kierowano do prac na rzecz okupanta. Idąc w kolumnach wyśpiewywali w zasadzie historię swojego życia: „… my biedni Żydacy, robili na nas Polacy, dziś przyszedł Hitler złoty, nauczył nas roboty…”.
2 lipca 1942 roku specjalny oddział Gestapo zebrał Żydów z miasta i okolicznych wiosek aby ścieśnić ich w getcie zlokalizowanym w obrębie ulic okalających upamiętniający tamtą historię Plac Bohaterów Getta. W tymże 1942 roku zniszczono całkowicie synagogę, z której gruz przeznaczono m.in. na utwardzenie trzęsawiska w ulicy Aleja Wolności (vis a vis Willi Józefówki) oraz budowę nowych obiektów szklarniowych na terenie parku. 10 września 1943 roku rozpoczęto likwidację wadowickiego getta. Nie kończąca się kolumna wadowiczan wyznania mojżeszowego kierowana była na boisko szkoły podstawowej przy ul. Sienkiewicza, gdzie musieli zostawić resztki swojego dobytku, zawiniątka, kosztowności itp., by stamtąd iść dalej na stację kolejową, z której w bydlęcych wagonach pozostała im tylko jedna droga – w kierunku Birkenau i Bełżca. Większość z nich nigdy stamtąd nie wróciła, a pamięć tamtego tragicznych wydarzeń upamiętnia pomnik i nieliczne mogiły indywidualne na miejscowym cmentarzu żydowskim.

Jednak wielu mieszkańców getta nigdy nie wsiadło do wagonu bydlęcego…
Jednak o tym już z zasady się milczy, bo…
Wszystko działo się za sprawą wadowiczan, którzy z narażeniem życia nieśli pomoc swoim dotychczasowym współziomkom, ratując ich od niechybnej śmierci w machinie zagłady okupanta. Trudno w tym miejscu byłoby wymienić nazwiska zarówno niosących wówczas pomoc, jak i uratowanych, gdyż jak na warunki prowincjonalnego miasteczka są to liczby dosyć duże, a w większości nawet trudne do ustalenia.

Wróćmy jednak do roku 1940. 10 grudnia Niemcy przywozili do wadowickiej szkoły przy ul. Sienkiewicza i gimnazjum całe rodziny chłopskie z okolicznych wsi. Tu oczekiwały one kilka dni na wywóz w głąb Generalnej Guberni, na tereny województw: lubelskiego i jędrzejowskiego. Tak rozpoczęła się zakrojona na szeroką skalę akcja przesiedlania chłopów – szeroko zakrojona czystka etniczna prowadzona przez okupanta przeciwko Polakom. Wczesnym świtem wpadała policja okupacyjna i wielkim krzykiem oraz groźbami zmuszała ludzi do natychmiastowego opuszczania swoich rodzinnych domów, nie zważając na płacz dzieci i rozpacz wypędzanych. Dawano pół godziny na spakowanie się, a wolno było zabrać ze sobą tylko tyle, ile każdy mógł unieść. Reszta dobytku zostawała dla nowych „właścicieli”. Tak wysiedlono Chocznię, z której wywieziono ponad 1000 osób. Tą samą metodą wysiedlono Mucharz, Śleszowice, Radoczę, a w dniu 12 grudnia Inwałd i Zawadkę. Niemcy wiedzieli, że najgroźniejszym i najbardziej twardym przeciwnikiem są chłopi, kochający swoją ziemię, dlatego germanizację prowadzili w/g dawnych, wypróbowanych wzorów z czasów hakaty i Bismarcka. Na miejsce polskich chłopów przywozili volksdeutsch’ów z Wołynia, Besarabii i Bukowiny. Okres ten był tragedią polskich rodzin zamieszkujących wsie na zachodnim brzegu Skawy do dzisiaj nie opracowaną naukowo.
Podobnie jak do dzisiaj nie została opracowana pod względem historycznym, pomimo licznej grupy asystentów i „histeryków” ratusza, haniebna działalność wadowickich volksdeutsch’ów pomimo że żyją jeszcze nieliczni już świadkowie oraz zachowały się… liczne dokumenty.

Okres okupacji był przede wszystkim okresem walki o polskość. Patrioci, prawie natychmiast po wkroczeniu okupanta, podjęli działalność konspiracyjną. Do niej, oprócz działalności członków różnych organizacji bojowych (ZWZ, AK, BCh i inne), należy zaliczyć ratowanie dzieci przed zniemczeniem, poprzez wiedzę i patriotyczne wychowanie, przekazywane w trakcie zorganizowanego na szeroką skalę tajnego nauczania. Niemcy co prawda zezwolili na “nauczanie”, które jednak ograniczało się do podstaw czytania, pisania i rachowania. Aby umocnić w młodych ludziach patriotyzm i wiedzę nauczycielski ruch oporu, inicjowany przez przedwojennych lewicowców, powołał do życia Tajne Ogniska Nauczycielskie przekształcone później w Powiatowe Tajne Komisje Oświaty i Kultury. W Wadowicach do takiej komisji należeli m.in.: dr Józef Sołtysik (przewodniczący), Michał Kornelak, Ludwik Jach, Henryk Gawor oraz Józef Heriadin. To oni przekazywali wiedzę oraz organizowali komplety prowadzone przez profesorów wadowickiego gimnazjum, m.in.: Mariana Ćwiertniaka, Kazimierza Forysia, Jana Gebhardta, Szczepana Grudniewicza, Czesława Panczakiewicza, Józefa Titza, Helenę Rokowską i Stefana Zagórskiego. Egzaminy ze zdobytej wiedzy zdawano przed Komisją, której przewodniczył Henryk Gawor. Dzięki poświęceniu w/w w latach wojny szkołę średnią ukończyło ponad 70-ciu słuchaczy. Dzisiaj mówią o tym dokumenty przechowywane wówczas z narażeniem życia przez dr J. Sołtysika i dr W. Jacyszyna. Mimo tych sukcesów środowisko nauczycielskie Nadskawia poniosło poważne straty – w latach 1940-1942 hitlerowcy aresztowali 24 nauczycieli, z których 17 zamordowali w obozach w Mauthausen i Oświęcimiu. Byli wśród nich: Maria Kuśmierska, Tadeusz Kotlarczyk, Jan Szklarz, Rudolf Wójcik i Tadeusz Kowalczyk – mieszkający i pracujący w Wadowicach.

Tajne nauczanie nie było jedynym zajęciem dra Józefa Sołtysika w czasie okupacji. Wspólnie z lek. Zygmuntem Czapikiem, wykorzystywali swoje umiejętności oraz posiadaną wiedzę, aby ratować swoich współobywateli przed wywózką na przymusowe roboty w głąb Rzeszy. Czasem było to tylko sfałszowanie niezbędnego zaświadczenia, a innym razem pozorowany zabieg chirurgiczny czy nawet fingowana śmierć zagrożonej wywózką ofiary…

Inną działalność konspiracyjną prowadziła organizacja „Biały Orzeł”. Jej członkowie zajmowali się nasłuchem zagranicznych stacji radiowych i rozpowszechnianiem zasłyszanych informacji wśród mieszkańców miasta podczas organizowanych zebrań patriotycznych. Oni też zapłacili wysoką cenę. W marcu 1941 roku członkowie grupy: Genowefa Brańka, Zofia Bukłatowa, Jadwiga Drozdowska, Waleria Hyżowa, Barbara Śmieszek, Kamila Targosz Zofia Woźniak, Stanisława Lempart, Genowefa Lempart, Apolonia Barska, Jan Woźniak, Florian Styła, Jan Skowronek, Józef Majchrzak, Antoni Lempart oraz Edward Barski – zostali aresztowani i wywiezieni do obozu w Oświcimiu, z którego nigdy nie powróciło sześciu z nich.
Czy dzisiaj, w „dniu holokaustu”, o tych Polakach pamiętamy?

Ten krótki fragment okupacyjnej historii Wadowic nie jest wstanie, nawet w drobnej części wymienić wszystkich mieszkańców grodu, których kości kryją kurhany na wszystkich kontynentach. Śmierć spotkała ich w różnych miejscach i z rąk różnych oprawców. Obok Gestapo i NKWD na życie polaków czyhali również członkowie grup zbrojnych. To m.in. z rąk Mieczysław Spuły, Mieczysława Wądolnego, Jana Sałapatka i wielu, wielu innych, ginęli po wojnie ci, którzy w okresie okupacji własną krew przelewali za wolną Polskę. Z rąk oprawców ginęli szczególnie ci mieszkający na wsi, ginęli banalnie; za pieniądze, których akurat nie mieli, za nałożony polski mundur, za niechęć oddania gęsi, ginęli doczekawszy kilka, kilkanaście dni wcześniej upragnionej od sześciu lat wolności…

I ZNOWU POLSKA

Mimo, że dzisiaj wiele mówi się, iż był to dalszy ciąg okupacji, należy jednoznacznie stwierdzić, że 26 stycznia 1945 roku, wraz z młodymi chłopcami z czerwoną gwiazdą na żołnierskich czapkach przyszła do Wadowic wolność!Wolność od okupanta hitlerowskiego, wolność od jego okrutnych praw.

Za tą właśnie wolność poległo na Wadowickiej Ziemi około 1500 „czerwonoarmijców”, jak ich nazywano. Tego faktu nie da się zaprzeczyć i mimo usilnych zaprzeczeń niektórych dzisiejszych „myślicieli” i burzymurków, nie znajdzie się innego, „słusznego” potwierdzenia dla tamtych faktów.
Można polemizować o słuszności, bądź nie- okresu PRL-u w kwestii ogólnopolskiej. To fakt równie niezaprzeczalny. Jednak zadaniem niniejszej publikacji jest krótkie podsumowanie owych czasów na małym skrawku jej (PRL) terytorium – w mieście Wadowice.

Jak już wyżej wspomniano wolność nadeszła, a wraz z nią nowe władze – pełnomocnik KW PPR w Krakowie; Władysław Sadowski, szef Urzędu Bezpieczeństwa na powiat wadowicki – Władysław Hubka oraz pierwszy starosta powiatowy – Jerzy Olędzki. Zadaniem Władysława Sadowskiego było zorganizowanie administracji ludowej i powiatowej organizacji partyjnej. O tym, jakie Wadowice zastał po przybyciu w dniu ich wyzwolenia powiedzą jego własne słowa: „… O zmierzchu, obecną ulicą 26 stycznia, wjechaliśmy do Wadowic. Zatrzymaliśmy się na rynku. Rynek zapełniony był żołnierzami Armii Radzieckiej (…). W powietrzu unosił się swąd płonących budynków i charakterystyczny gwizd przelatujących wciąż jeszcze pocisków. Pierwsze wrażenie ze spotkania z miastem było przygnębiające, bolesne, żałosne. Tonęło w ciemnościach. Budynki częściowo poniszczone, powybijane szyby, ulice i rynek zaśmiecony. Miasto wyludnione i opuszczone…”.
Cóż pozostało? Podjąć działania zmierzające do unormowania życia społecznego i odbudowy Wadowic ze zniszczeń wojennych. I choćby co mówić, tamta władza takie działania podjęła i rzetelnie się z nich wywiązała.

Po spędzeniu pierwszej nocy w nieogrzewanym pokoju opuszczonego czasowo budynku p. E. Reimana, przy ul. Sienkiewicza, 27 stycznia 1945 roku pierwszy starosta wydał odezwę do mieszkańców, w której zwrócił się z apelem nawołującym do podjęcia pracy, zachowania ładu i porządku oraz wyjaśnił istotę pojęcia „władzy ludowej”. Mimo braku prądu, wody, żywności, a w zniszczonych budynkach szyb w oknach, wśród powracających masowo do swych domów wadowiczan panowała atmosfera podniecenia i radości. 28 stycznia, w sali kinowej zorganizowano pierwszy od ponad sześciu lat, masowy wiec ludności. Przebiegał spontanicznie, sala nie pomieściła wszystkich chętnych. Ludzie zgromadzili się na podwórku i ulicy, aby wysłuchać przemówienia Władysława Sadowskiego, który po wyjaśnieniach dotyczących aktualnej sytuacji w kraju wezwał wadowiczan do odbudowy miasta ze zniszczeń wojennych oraz tworzenia nowego życia społecznego i kulturalnego. Po przemówieniu ktoś z tłumu zaintonował „Rotę”, którą wszyscy przybyli na wiec odśpiewali ze łzami w oczach. Tą pierwszą w wolnej Polsce manifestację mieszkańców Wadowic zakończono, równie chóralnym odśpiewaniem Hymnu Narodowego.Lecz nie zakończył się dzień. Po wiecu, przez długie godziny trwały dyskusje mieszkańców z przybyłymi do miasta przedstawicielami władzy. Nie było wówczas tematu, którego by nie poruszono. Wspominając atmosferę tych rozmów, Władysław Sadowski mówił: „… Zaskakujące były pytania kobiet, uczestniczek pierwszego po okupacji wiecu. Pytały, czy będą otwarte polskie szkoły i czy dzieci będą się uczyć po polsku. Po usłyszeniu odpowiedzi twierdzącej ze wzruszeniem płakały (…). Przeżywaliśmy wówczas wspólnie z uczestnikami wiecu chwile rozrzewnienia i radości…”. Pomoc mieszkańcom, m.in. w zapewnieniu aprowizacji, udostępniania środków transportu, przy remoncie mostów, nieśli żołnierze radzieccy ze stacjonujących w Wadowicach jednostek Armii Czerwonej wchodzących w skład 38. Armii IV Frontu Ukraińskiego, dowodzonej przez gen. płk Kirryła Moskalenkę. Komendantem wojennym miasta, był d-ca stacjonujących w nim jednostek, radziecki oficer, mjr Bałbiński.

Powstała Miejska Rada Narodowa, która jedną z pierwszych uchwał powołała do życia Spółdzielnię Remontowo-Budowlaną. Jej zadaniem była odbudowa zakładów pracy i obiektów publicznych. Działalność swą prowadziła nieprzerwanie przez prawie pół wieku. Zapał i ogromny wkład pracy całej społeczności pozwolił na wznowienie już w pierwszych dniach lutego 1945 roku zajęć w szkołach podstawowych. 4 lutego, w dziewiątym dniu od wyzwolenia nastąpiła inauguracja nauczania w gimnazjum. Pracę pedagogiczną organizowali ci, którzy nigdy jej nie zaprzestali, prowadząc tajne nauczanie pod nosem niemieckiego okupanta. W listopadzie 1945 roku powstała Zasadnicza Szkoła Zawodowa (obecny Zespół Szkół Mechanicznych w Wadowicach-Gorzeniu), a we wrześniu 1946 roku otwarła swoje podwoje pierwsza na ziemi wadowickiej szkoła ekonomiczna (dzisiejszy Zespół Szkół Zawodowych przy ul. Wojska Polskiego).

Równocześnie czyniono starania, aby mogły rozpocząć produkcję miejscowe zakłady pracy. W czerwcu 1945 roku, „Druciarnia”, w której przy stanowiskach pracy stanęła cała przedwojenna załoga, z wyjątkiem zamordowanych przez okupanta: Tadeusza Zająca i Franciszka Kolasy, uruchomiła produkcję gwoździ, drutu i siatki ogrodzeniowej.
I jak dzisiaj wiemy, nie zniszczył jej ani Hitler, ani powojenne władze, ale dała radę Filipiakowa i jej ekipa, na dodatek w sposób przestępczy, nie informując akcjonariuszy o sprzedaży ich zakładu! – ale utracony mafijny „adwokat” głuchy i ślepy.

W miesiąc później produkcję rozpoczęła „Papiernia”. Ruszyła całą parą produkcja w miejscowych cegielniach (po których do dzisiaj już nawet ślady są znikome). Organizowały swe szeregi „Spółka Rolna” i Spółdzielnia Spożywców. W pełni rozkwitł tradycyjny dla Wadowic drobnotowarowy handel prywatny. W budynku rodziny Foltinów rozpoczęła swą działalność prywatna drukarnia, kierowana przez Kazimierza Rudla, który po upaństwowieniu zakładu poligraficznego, został jego kierownikiem.

Dnia 9 maja 1945 roku odbyło się posiedzenie konstytuujące skład Powiatowej Rady Narodowej. Po burzliwej dyskusji odbyło się głosowanie zatwierdzające F. Świadka na stanowisku Przewodniczącego Powiatowej Rady Narodowej, W. Ptaka na stanowisku jego zastępcy oraz W. Jopka, W. Pasternaka i L. Karkoszki na stanowiskach członków Prezydium Rady Narodowej. Ponadto W. Ptak został wybrany I-szym sekretarzem KM PPR. S. Kawie powierzono obowiązki Pełnomocnika d/s Reformy Rolnej, a urząd pierwszego Burmistrza Wadowic powierzono Władysławowi Sadowskiemu. W czasie posiedzenia Rady wicestarosta Grzybowski zapoznał wszystkich z komunikatem dot. informacji o kapitulacji Niemiec.

Aktywną działalność na wadowickiej ziemi rozpoczęły partie polityczne, PPS, SL i PSL oraz reakcyjne podziemie. To na pewno nie pomagało młodej władzy, a wręcz przeciwnie, rodziło olbrzymie trudności. Oprócz rozwiązywania pilnych zadań społeczno-gospodarczych, należało zrobić wszystko, aby zapobiec bezsensownej na owe czasy, szerzącej się śmierci. Postanowiono złamać istniejące bariery bez jakichkolwiek nacisków, za pomocą osobistego przykładu w tworzeniu kultury i bezpośrednim uczestniczeniu w procesie jej tworzenia. W oparciu o działaczy przedwojennego Towarzystwa Uniwersytetów Robotniczych już w pierwszych dniach po wyzwoleniu powstało koło teatralne. Jego scena miała swoją siedzibę w budynku przy ulicy Mickiewicza 19. Grali na tej scenie, potrzebnej wówczas jak powietrze, woda i chleb, m.in. burmistrz Władysław Sadowski i komendant Milicji, grali również: Irena Brańkówna, Franciszek Zadora, Władysław Gołuchowski i wielu, wielu innych. O tym, że przedstawienia przynosiły oczekiwany cel, świadczy jednoznacznie wspomnienie p. Franciszka Zadory, który powiedział: „… Graliśmy we wszystkich prawie wsiach i miastach powiatu. Ludzie przychodzili tłumnie. Jedni dawali parę groszy, drudzy całego „górala”. Pamiętam, podczas przedstawienia w Zembrzycach, w trakcie jednej ze scen poczułem – tak, nie zobaczyłem a poczułem, że do sali weszli „leśni” z podziemia… Rozumiecie? Tutaj my na scenie, a wśród nas byli ci, do których tamci strzelali, którzy z podziemiem prowadzili twardą walkę, a tam na sali, w półmroku, pośród tłumu – oni, „leśni”. Ale nic i nikt nie zakłócił spektaklu. Polskie słowo – to była świętość…”.

Jeszcze w roku 1945 przystąpiono do usunięcia zniszczeń powstałych na skutek bombardowania miasta przed jego wyzwoleniem. Ucierpiały wówczas m.in.: kościół, Dom Katolicki, plebania oraz szpital oraz kilka budynków prywatnych.

Po opuszczeniu miasta przez jednostki Armii Czerwonej wadowiczanie gościli „na wypoczynku” żołnierzy 6. Pomorskiej Dywizji W.P., walczących w ostatnich dniach wojny pod Budziszynem. Po ich wyjeździe koszary zajął 18. Pułk Piechoty, przyjęty przez mieszkańców z radością, wyrażoną m.in. ufundowaniem jednostce ze składek mieszkańców sztandaru. Wojsko sprawiło, że częstym gościem, nie tylko odwiedzającym Wadowice ale niosącym miastu także pomoc, był ówczesny Minister Obrony Narodowej – Marszałek Polski Michał Rola-Żymierski, za swą życzliwość uhonorowany przez mieszczan w dniu 16 czerwca 1948 roku tytułem Honorowego Obywatela Miasta.

W wadowickim Szpitalu Powiatowym, pod troskliwym okiem personelu medycznego kierowanego przez dra Józefa Sołtysika, powracali do zdrowia wadowiczanie okaleczeni przez okupanta i najbardziej chorzy z więźniów obozu zagłady w Oświęcimiu.

Powoli czas goił rany, a obrazy, jeszcze nie tak dawnych, tragicznych wydarzeń odchodziły w mgłę zapomnienia. Ważniejszy stawał się kolejny nadchodzący dzień, ważniejszą była wciąż niewiadoma do końca przyszłość, aniżeli przykre przeżycia z przeszłości.

W miarę normalizacji spraw społeczno-politycznych, w mieście coraz mocniej zaczął odradzać się, bogaty przecież w okresie międzywojennym, amatorski ruch kulturalno-artystyczny. W roku 1947, przy Spółdzielni (dzisiejszy WUSP) powstał chór mieszany, a w roku 1950, pierwsze po wojnie spotkanie Grupy Literacko-Plasycznej „CZARTAK II” zorganizował Franciszek Suknarowski – rzeźbiarz, plastyk. Nie uczestniczyli już w tym spotkaniu: założyciel Zboru Poetów w Beskidzie „CZARTAK” i Grupy Literacko-Plastycznej „CZARTAK II” – poeta i kolekcjoner Emil Zegadłowicz, rzeźbiarz Wincenty Bałys oraz plastyk Ludwik Jach – senior. Oni już odeszli… Wokół powojennego „CZARTAKA II” skupili się plastycy profesjonaliści: Felicja Świtalska, Józef Jura, Michał Kręcioch, Ludwik Jach – junior, Karol Pustelnik i Franciszek Suknarowski. Grupa działała jednak bez programu, co nie wróżyło jej dłuższej przyszłości. I tak się stało. Po zorganizowanych kilku zbiorowych wystawach, jej działalność zamarła, a artyści zamknięci w swoich pracowniach podjęli indywidualną działalność artystyczną.

W 1951 roku pp: Kazimierz Porawski i Czesław Lempart podjęli się kontynuowania teatralnych tradycji miasta i zorganizowali działalność Amatorskiego Teatrzyku Lalek „Aladyn”, sponsorowanego przez tutejszy PZGS. Jednak i ten teatr „padł” na korzyść zakładanego przez kierownika, budującego się na bazie przedwojennego budynku T.G. „Sokół”, Powiatowego Domu Kultury, emerytowanego mjra W.P. pana Jana Kaczmarskiego, Amatorskiego Teatru Dramatycznego, którego kierownikiem literackim i reżyserem został wspomniany wyżej p. Kazimierz Porawski, natomiast dekoratorami scen: pp. Czesław Lempart i Henryk Kowalski. Teatr posiadał wówczas aż trzy sceny: Teatru Poezji, Dramatyczną i Objazdową. Nad wszystkim czuwał oczywiście p. Jan Kaczmarski kierownik placówki oddanej społeczeństwu do użytku w roku 1956. Swoją funkcję pełnił do roku 1963, i nie można nie dostrzec wkładu jego pracy w rozwój kultury, a szczególnie w rozbudzenie potrzeb kulturalnych młodzieży.

Wracając do pracy teatru należy wymienić chociaż cząstkę ludzi z nim związanych, zwłaszcza z jego sceną dramatyczną, na której występowali m.in.: Irena Kamieńska, Barbara Drewniak-Zielińska, Halina Rodkiewiczowa, Krystyna Sołtysik, Bożena Koczurówna, Andrzej Święchowicz, Zdzisław Antoszewski i Henryk Kowalski. W roku 1962 powstał Teatr Dramatyczny Liceum Ogólnokształcącego, kierowany przez pp. Marię Putyrową i Kazimierza Porawskiego a sceną teatralną zawładnęła młodzież. Rok 1965 przyniósł powstanie kabaretu „radiowego”, miejscowego radiowęzła, nazwanego „O!Światek”, nadającego cykliczne audycje, oparte o scenariusze autorstwa pp. Jerzego Romana Jaglarza i Jana Fidzińskiego (Michała Zubera), pod stałym tytułem: „Pospacerujmy po ziemi”. Głosu bohaterom audycji użyczali wówczas pp.: Stanisława Czechowicz, Jadwiga Kudłacik-Gołuchowska, Zbigniew Jutka i Włodzimierz Szypuła. Po dziewięciu miesiącach działalności, na liczne prośby słuchaczy w grudniu 1995 roku „O!Światek” pokazał się po raz pierwszy na scenie Powiatowego Domu Kultury, którym to występem wszedł na stałe do repertuaru placówki z takimi przedstawieniami satyrycznymi jak: „Procentujmy się!”, „Po co wiadro?!”, „Do żłobu panowie!”, „Podłubać? Ino w cym?”, czy „O udomowieniu Człowieka”. Mimo kolejnych premier, po dwóch latach działalności kabaret odszedł w zapomnienie.

Nie zaprzestał jednak swojej działalności na niwie kultury, a wręcz przeciwnie wciąż ją poszerzał wówczas Powiatowy Dom Kultury, oferujący swoim odbiorcom występy prowadzonych zespołów dziecięcych, muzycznych itd. Do tradycji działalności tej placówki weszły cykliczne spotkania mieszkańców Wadowic z czołowymi postaciami kultury krakowskiej podczas „Wieczorów Czwartkowych”.

Ale, że życie wadowickiej inteligencji musiało się wokół czegoś skupiać, kolejni artyści, pp.: Włodzimierz Ochman, Wojciech Bieniasz, Adam Zegadłowicz i Zbigniew Jurczak przy Muzeum Emila Zegadłowicza powołali do życia nieformalny Zbór Literacko-Plastyczny nazwany mianem spoiwa do farb – „Gumiguta”, którą to jednak nazwę zamienili szybko na „Beskidy”. W 1970 roku wiosną zorganizowali swoją pierwszą wystawę plenerową na murach przy ul. Ogrodowej. Z czasem zaczęli działać jako sekcja powstałego 9 grudnia 1971 roku Towarzystwa Miłośników Ziemi Wadowickiej a dzięki pomocy prof. Franciszka Suknarowskiego, który nie szczędził czasu dla młodych szybko się rozwijali. Do stałego krajobrazu Wadowic weszły zbiorowe i indywidualne wystawy plenerowe, galerie „w bramie”, bądź w gościnnych murach wadowickich klubów i salach domu kultury takich indywidualności świata artystycznego miasta jak pp.: Krystyny Sowińskiej-Mydlarz; malarki, Tadeusza Kurnika i Józefa Ogiegły; rzeźbiarzy i grafików, Ewy Kuciary i Marii Koman; rzeźbiarek, Marka Brzeźniaka; grafika, Kazimierza Raucha; malarza oraz Zbigniewa Jurczaka; malarza i grafika. Ale to nie jedyni, gdyż grupa cały czas się rozrastała a w roku 1979 przyjęła oficjalną nazwę – Wadowicki Klub Pracy Twórczej „Beskidnicy”. To przede wszystkim oni (i ich działalność) stanowili trzon osobowy wspomnianego wyżej TMZW, nigdy nie podporządkowanego władzom politycznym mimo, że pierwszym jego Prezesem został p. Marian Skrzypczak – Naczelnik Miasta. Uznano wówczas, że właśnie on, a raczej zajmowane przez niego stanowisko, mogą pomóc Towarzystwu i nie pomylono się. Był w prawdzie krótki okres, w którym znalazło się ono pod tzw. „opieką” ideologiczną (funkcję honorowego prezesa sprawował I sekretarz partii), ale trwało to naprawdę krótko i nie miało wpływu na całokształt działalności. Działalności bogatej w osiągnięte sukcesy (wydawnictwa książkowe, uruchomienie Galerii Sztuki jako filii BWA, położenie podwalin pod archiwum miejskie i uruchomienie własnej galerii sztuki użytkowej) oraz dalekowzroczne plany (m.in. organizacji Muzeum Historycznego Wadowic), nigdy jednak nie zrealizowane dzięki destrukcyjnym działaniom „demokratycznej” władzy Filipiakowej i jej watahy…
Co z tego wszystkiego, co nasi Dziadowie oraz Ojcowie, a w wielu przypadkach i my sami wybudowaliśmy, pozostało po rządach Ewy Filipiakowej?
Nic!
I to w dosłownym znaczeniu słowa – NIC!

Dlatego tym skandalicznym faktem pozwolę sobie zakończyć tę pierwszą część powrotu do historii naszego miasta, historii z premedytacją fałszowanej przez obecnych oszołomów z kręgu lokalnej władzy…
Jednak zapewniam, że ciąg dalszy nastąpi już niebawem…

Materiał opracowano na podstawie pracy mojego autorstwa: „Wadowice – moje miasto. Historia inna niż wszystkie…” – Wadowice – 2003. Wydanej nakładem autora w limitowanej liczbie egzemplarzy.

(scorpion)
NAPISZ DO MNIE: KONTAKT