Wadowice

n/a°C

" ... Największym niebezpieczeństwem jest,
kiedy się człowieka zniewala mówiąc mu jednocześnie
że czyni się go wolnym.
Temu musimy zapobiec." Karol Józef Wojtyła.
scorpion
kontakt wcieniusanpietro.blogspot.com zbyszekjurczak.pl wadowiceonline.pl pałacowy bajkopisarz blog dziadunia obywatel wadowic tatoo-krakow.com inicjatywawadowice.pl wadowickie ciekawostki cedron news
Start » Z kart historii » Majówka z Włodkową w tle…
Majówka z Włodkową w tle… sobota, 3 Maj 2014, godz. 11:40

Kiedy już ochłonąłem z sukcesu Zygmunta Krausa, jaki odniósł dzięki wystawie przygotowanej dla polskiego Papieża na dzień Jego kanonizacji, pojechałem z rodziną do Przyjaciół z Porąbki… Co prawda On – mjr i pilot w jednej osobie i do tego „Krakus całą gębą”, ale że już na emeryturze, to każdą wolną chwilę spędzają wraz z Małżonką na Stefanowej ojcowiźnie, położonej w malowniczej okolicy u podnóża wzgórza Wołek…
Powiem więcej… Nie tylko malowniczej, tajemniczej również…
Więc nam, zafascynowanym historią, nie trzeba było dwa razy proponować wyjścia na wzgórze pełne tajemnic i… ruin po byłym tam podobno jeszcze w XIX wieku zamku warownym…

I już na początku zaznaczę, że jego „historii” jest tyle, ile osób chce je opowiadać, bowiem zachowane w archiwach dokumenty sprzed wieków niezbyt wiele mówią o zamku na wzgórzu Wołek.

I choć zamek po wielokroć zmieniał swoich właścicieli, począwszy prawdopodobnie od Jana I Scholastyka, który i Wadowice w roku 1327 oddał w lenno swe ziemie królowi czeskiemu (to w tym dokumencie, zachowanym w oryginale w Muzeum w Pradze, Wadowice po raz pierwszy wymienione zostały jako miasto), mieszkańcom tamtych terenów najbardziej znana jest historia ostatniej właścicielki – Katarzyny Skrzyńskiej, z imienia męża zwanej Włodkową…
Zasłynęła nie tylko z tego, iż bandzie zbójów przewodziła, łupiąc żywieckie wsie i kupców pobliskie trakty handlowe przemierzających…

Bowiem zacząć tę opowieść wypada od tego, że ów zamek, który wielu natarciom, w tym wojów królewskich się przeciwstawiał i bez żadnych problemów opierał, ta właśnie Włodkowa zdobyła bez strat własnych…
A tym samym  i swoją sławę wraz z zamkiem…
Wszak na tamte czasy była to sprawa głośna, bowiem zamek ów warowny, dwoma fosami, mostem zwodzonym i basztami chroniony, Włodkowa zdobyła niczym przydrożną karczmę.
A mając taką warownię we władaniu, jeszcze bardziej wzmogła dotychczasowe swoje zbójowanie, grabiąc i mordując nie tylko okoliczną ludność, bowiem w głąb małopolski też się zapuszczała, a legenda niesie, że i z zamku barwałdzkiego atakowała… Wszystko to sprawiło, że dość już Włodkowej miał Kazimierz Jagielończyk, który wojów królewskich na Górę Wołkową posłał, aby kres zbójowaniu Włodkowej położyli…

Przez wiele dni broniła się zaciekle jednak, że oddział wojów królewskich ilością, uzbrojeniem i siłą zbójów Włodkowej przewyższał, ustąpiły przed ich kolejnym natarciem zarówno zbóje, wrota jak i mury zamku. Zbójecką załogę Włodkowej królewscy w pień wycięli, pozostawiając ją samą przy życiu i tylko dla niespodzianki, jaką dla słynącej z okrucieństwa Włodkowej przygotowali…
Wsadzili ją bowiem w beczkę nabitą gwoździami i po dobiciu wieka, aby nie odpadło w trakcie „podróży”, z tejże Wołkowej Góry wraz z zawartością skulali… Ale jak legenda niesie, Włodkowa mimo tak potężnej katorgi, jaką królewscy wojowie jej zgotowali, ducha w beczce nie wyzionęła… Obolałą, pokrwawioną, z wieloma ranami na ciele zabrano ją na Wawel, aby stamtąd, po krótkim leczeniu aplikowanym przez królewskich cyrulików, wyprowadzić na krakowski Rynek i na oczach gawiedzi… spalić! Która to kara, pierwsza taka w historii polskiego królestwa, na wsze czasy z ogniem piekielnym miała Włodkową połączyć… Ale podobno coś z tym piekłem jest nie tak, jak uczono nie tylko polskich królów, bowiem miejscowi mówią, że Włodkowa na Wołkowe wzgórze wróciła aby swoich skarbów zbójeckich pilnować…

I tym można by tę opowieść zakończyć, bowiem po XV wieku prawie nie występowały informacje o zamku na Wołku, aż do roku 1880… Kiedy to – podobno uczeni – Stanisław Tomkowicz i Henryk Lindgnist, rozpoczęli swoje trwające pięć lat „badania archeologiczne”, których wyników jednak nigdy nie opublikowano (?).
Przodkowie obecnych mieszkańców tych okolic przekazali swoim potomkom, że tak naprawdę to w czasie tych „badań” okazałe ruiny zamku na Wołku zniszczono bezpowrotnie, nic nie badając tylko niszcząc mury w poszukiwaniu skarbu Włodkowej. To wtedy rozebrano mury, spuszczając kamienie po wzgórzu po specjalnie przygotowanej do tego celu drewnianej sztolni. Walają się tam w dużych ilościach do dnia dzisiejszego, chociaż wiele z nich zebrali okoliczni mieszkańcy, aby upchnąć w fundamentach swoich domostw.
Tak więc takie wyniki, jakie badania…
Bowiem pomimo, że miała być to misja archeologiczna krakowskiego Oddziału Polskiej Akademii Nauk, w rzeczywistości była misją rabunkową, niszczącą ten zabytek bezkarnie i bezpowrotnie.
Co „archeologowie” po sobie pozostawili widać na fotografiach…
Lepiej zachowały się dwie drogi do zamku prowadzące i dwie fosy zamek okalające niż sam zamek, który – co doskonale widać – z kamienia zbudowany był, a więc z materiału trwalszego od ziemi i gliny, co z nich drogi i fosy uformowano…
Podejrzewam więc, że skarbu Włodkowej być może już dawno tu nie ma…

A ona sama?
Podobno jest na wzgórzu często widywana, a już zawsze w Noc Świętojańską, co może oznaczać, że w kwestii jej skarbu po prostu się mylę…
Bo przecież czegoś musi tu pilnować…
Wszak kobieta tak okrutna, chyba darmo swojego cennego czasu na Wołkowej Górze nie marnuje?
Tylko czy warto ryzykować z nią… spotkanie?

Wróciliśmy więc, by przy kawie oraz wspaniałych słodkościach ze spiżarni i kuchni Pani domu, wspólnie… świętować na cześć „naszej biało-czerwonej” pod polskim, błękitnym niebem!

 

(scorpion)
NAPISZ DO MNIE: KONTAKT