Wadowice

n/a°C

" ... Największym niebezpieczeństwem jest,
kiedy się człowieka zniewala mówiąc mu jednocześnie
że czyni się go wolnym.
Temu musimy zapobiec." Karol Józef Wojtyła.
scorpion
kontakt wcieniusanpietro.blogspot.com zbyszekjurczak.pl wadowiceonline.pl pałacowy bajkopisarz blog dziadunia obywatel wadowic tatoo-krakow.com inicjatywawadowice.pl wadowickie ciekawostki cedron news
Start » Z kart historii » No widzisz Zbyszku…
No widzisz Zbyszku… środa, 12 Luty 2014, godz. 09:53

Widzisz Zbyszku, kiedy kilka dni temu wyraziłeś swoją opinię o uchwale radnych powiatowych z PiS w sprawie „gender”, a więc czegoś o czym nie mają zielonego pojęcia, „plaskaty Maryś” na urzędowej stronie internetowej poświecił Ci materiał dnia, dając jednocześnie bandzie idiotów pretekst do wydalania swoich wymiocin…
Ale kiedy dwa dni temu opublikowałeś materiał opisujący małą, ale jakże wymowną cząstkę historii nie tylko Towarzystwa Miłośników Ziemi Wadowickiej ale też wadowickiego Liceum, u „plaskatego Marysia”… cisza!
Nie było zlecenia, nie będzie kasy, nie ma materiału…
Więc pozwól, że tę historię za Tobą przypomnę, bowiem nie tylko uważam, że godna uwagi wadowiczan, ale też – co ważne – mnie za to Filipiakowa nie płaci…

„… W moich wspominkach o stanie wojennym, emitowanych przez telewizję kablową WW, przegapiłem jeden z wątków o romantycznym podłożu. Pośród wielu form racjonalnego oporu i niesubordynacji, ten miał istotne znaczenie dla przyszłości dwojga zakochanych ludzi. Otóż w 1982 roku, w wadowickim liceum, odbywała nauczycielską praktykę córka mojego przyjaciela, poety Jerzego R. Jaglarza – Dorota. Była na romanistyce i we Francji miała chłopaka. Niestety stan wojenny stanął na przeszkodzie zakochanym i Dorocie odmawiano wydania paszportu. Ten jej chłopak, Fabris czy Didier – nie pamiętam, był nauczycielem szkoły w Lyonie. Młodzi szukali sposobu na wyjazd Doroty z kraju. Zainicjowali zatem wśród swoich uczniów wymianę korespondencji między rówieśnikami, która w konsekwencji miała prowadzić do faktycznej wymiany czyli wyjazdu wakacyjnego naszych licealistów do Francji. Potrzebny był jednak formalny organizator. Niestety, ówczesna dyrekcja liceum, nie akceptowała takich pomysłów. Wychowawczyni klasy, której odwagę należy podkreślić, szukała pomocy u harcerzy w Hufcu ZHP – także bez skutków.
Któregoś dnia styczniowego 1984 roku, w biurze TMZW przy Kościelnej 4, opowiedział mi o tych perypetiach córki, Jurek Jaglarz. Kiedy po kilku toastach zaczęliśmy jaśniej i racjonalniej myśleć, zaproponowałem utworzenie z całej, 30 osobowej klasy, koła TMZW przy Liceum. I tak powstało pierwsze nasze koło młodzieżowe, którego opiekunem była romanistka Basia Dulban-Chmielowska. Podjęliśmy uchwałę o powołaniu koła młodzieżowego. Z kolei we Francji, chłopak Doroty zarejestrował Koło Przyjaciół Wadowic (Associacion des Amis de Wadowice). Myśmy z radością podjęli z nimi współpracę na rzecz przyjaźni polsko-francuskiej, która skutkowała przysłaniem oficjalnego, potwierdzonego przez konsulat w Lyonie, zaproszenia dla licealnego koła TMZW.
Udałem się z tym do biura paszportowego, które postukało się w głowę na znak niemożności przeskoczenia tematu. Odesłano mnie do Bielska. Niemożliwe – stwierdzili – chyba, że będę miał zgodę Ministerstwa Kultury, bo resort kultury nadzorował stowarzyszenia. Pojechałem z papierami do Warszawy.
– Czy ta młodzież to zespół folklorystyczny? A może muzyczny? – odpytała mnie starsza, dystyngowana dyrektor departamentu wymiany zagranicznej.
– Niedobrze – pomyślałem i odpowiedziałem, że to żaden zespół tylko normalna grupa młodzieży korespondująca z rówieśnikami, że tamci ich zapraszają a za rok Francuzi przyjadą z rewizytą do nich.
– No, nareszcie coś normalnego- stwierdziła- a nie to pozorowanie artystycznej wymiany różnych zespołów. Ma pan zgodę – i podbiła ministerialną pieczęć na moim podaniu, gdzie Dorota i ja figurowaliśmy jako opiekunowie grupy. Wadowice i Bielsko się mocno zdziwiło, musiało jednak paszporty wydać.
Zorganizowaliśmy wizy i z Okęcia polecieliśmy z początkiem lipca do Lyonu. Tam każdy został ugoszczony w domu swojego korespondencyjnego kolegi. Ja po krótkim pobycie u rodziców Francuza, pojechałem pociągiem do Bordeaux, do mojego brata, który rok wcześniej z kraju wyemigrował. Po dwóch tygodniach, już tylko pod moją opieką, młodzież wróciła do Polski. Z początkiem września wezwano mnie na pierwsze przesłuchanie na milicję, potem kolejne i następne. Zabrano całą dokumentację wyjazdu (a pilnowałem formalności skrupulatnie), by ją zwrócić dopiero w kwietniu 1985 roku. Ta historia zakończyła się happy endem. Dorota wzięła ślub cywilny we Francji i bodaj w dwa lata później byłem gościem na ich ślubie i weselu w Polsce. Mieszkają w Lyonie, mają dwie dorosłe już córki, z których jedna studiowała w Katowicach.
I tylko jeden fakt, oprócz upływającego szybko czasu, psuje mi wspomnienie tamtego wydarzenia. Jurek Jaglarz, dobry kompan, poeta i przyjaciel, zmarł na zawał w 1988 mając niecałe 50 lat.”.

Zbyszek Jurczak.

(scorpion)
NAPISZ DO MNIE: KONTAKT