Wadowice

n/a°C

" ... Największym niebezpieczeństwem jest,
kiedy się człowieka zniewala mówiąc mu jednocześnie
że czyni się go wolnym.
Temu musimy zapobiec." Karol Józef Wojtyła.
scorpion
kontakt wcieniusanpietro.blogspot.com zbyszekjurczak.pl wadowiceonline.pl pałacowy bajkopisarz blog dziadunia obywatel wadowic tatoo-krakow.com inicjatywawadowice.pl wadowickie ciekawostki cedron news
Start » Takie różne z życia wzięte... » Park Miejski… cz. 2.
Park Miejski… cz. 2. niedziela, 18 Sierpień 2019, godz. 18:04

Dawny plan parku z opisemWadowicki Park Miejski, to miejsce, nie tylko z historią sięgającą ponad sto lat, ale też miejsce, które osobiście darzę szczególnym sentymentem.
Bo tam /pod nr 52/, w roku 1916 zamieszkali moi dziadkowie, Zofia i Rudolf Wyroba.
Dziadek, weteran I wojny światowej, kiedy tylko podleczono u niego ciężkie rany /które w ogóle były również przyczyną Jego śmierci/, jeszcze w 1917 roku przyjął na siebie obowiązki gospodarza parku.
Na początek była to troska o czystość i majątek parku przed jego dewastacją.
Później obowiązki te zostały poszerzone o pomoc przy budowie magistrackich obiektów szklarniowych i przy pierwszej fazie budowy zbiornika miejskich wodociągów.

Gospodarz parku Rudolf Wyroba z żona Zofią i synem Mieczysławem - 1931 rokNiestety, w 1933 roku przegrał walkę o życie z ranami odniesionymi w walce o wolną Polskę.
Tak jak skromnie żył, tak skromnie odszedł, zostawiając w parku wdowę z trójką dzieci, z których najmłodszy syn Mieczysław /a zarazem mój Tata/, miał zaledwie pięć lat.

Po Jego śmierci Magistrat /bo w tamtych latach nie było urzędów miejskich, komwadów i innych „gadów”/, powierzył funkcję gospodarza parku Jego żonie – Zofii, która troszczyła się o czystość, zamykała na noc bramy oraz nieprzerwanie od 1934 roku do lat ’70. ub. wieku, trzy razy dziennie musiała sprawdzić stan wody w zbiorniku miejskiego wodociągu i podać ustaloną wartość na „miejskie pompy”, które przy obniżonym jej stanie pompowały wodę do parkowego zbiornika.

Grupa kolonijna pod betonową altaną - sierpień1937 rokKiedy wybuchła wojna, dwójka starszych dzieci Zofii już pracowała, ale najmłodszy Mieczysław, w 1940 roku, kiedy miał zaledwie 12 lat, dostał „kartkę na roboty” do Niemiec.

Jeszcze 20 lat później Babcia płakała, kiedy tamten dzień wspominała.
Ale jednocześnie dodawała, że przed wywózką na roboty Mietka uratowała… krowa.
Tak, nie pomyliłem się – poczciwa, dająca mleko krowa.
Którą Babcia, jako jedyna na całej wysiedlonej wówczas z Polaków ulicy, miała prawo posiadać, ponieważ codziennie oddawała jeden litr mleka mieszkającemu vis a vis parku niemieckiemu komendantowi miasta, o nazwisku Shella.
To on, kiedy Babcia zapłakana poszła następnego dnia – po otrzymaniu przez Mieczysława wezwania – z mlekiem, kazał kartkę podrzeć, a zarazem polecił, aby Mieciu rozpoczął pracę w magistrackich szklarniach.

Jednak zanim będę kontynuował swoje „wspomnienia z parku” dodam, że ów Shella bardzo odbiegał swoim charakterem oraz emocjami od zatwardziałych faszystów.

Nie tylko wielu mieszkańcom Wadowic pomagał, ale kiedy dowiedział się o grabieży majątków i wywózce wadowickich Żydów do obozów zagłady, popełnił samobójstwo.
I zrobił to pomimo, iż wiedział jaki los spotka jego rodzinę: żonę natychmiast wywieziono w głąb Rzeszy, a dwóch synów wysłano na front wschodni, skąd nigdy już nie wrócili.

PalmiarniaTemu ja wrócę do swoich wspomnień…
Kiedy hitlerowcy wysadzili wadowicką synagogę, częścią pozyskanego w ten sposób kamienia utwardzili bagno, jakie po każdym, nawet najmniejszym deszczu tworzyło się przed willą „Józefówka”, a resztę wykorzystali do budowy fundamentów pod palmiarnię łączącą obiekty szklarniowe w parku.
Kiedy robotnicy z magistrackich szklarni ukończyli jej budowę, hitlerowcy sprowadzili z żywieckiego zamku do nowo powstałej palmiarni trzy okazałe palmy.
Zimowały w parku, latem zdobiły centrum miasta.
I pod opieką pracowników magistrackich szklarni, a później Zakładu Zieleni Miejskiej, przetrwały te żywieckie palmy II wojnę światową, przetrwały też 50 lat „komuny”, ale nie przetrwały pierwszych lat demokracji i rządów burmistrza Ewy Filipiakowej.

Po wojnie magistrackie szklarnie przeszły pod zarząd Miejskiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej /MPGK/, jako wspomniany już wyżej Zakład Zieleni Miejskiej, którego pracownicy zajmowali się produkcją sadzonek kwiatów dla upiększania miasta i nowalijek na wadowickie stoły.
Wykorzystywali do tego celu trzy szklarnie oraz dwie połacie inspektów, jedne na placu nad budynkiem zamieszkałym przez gospodarza parku i jego rodzinę, drugie na placu równoległym do pierwszego, po drugiej stronie głównej alejki.
Ponadto pracownicy ZZM latem kosili miejskie trawniki, a zima obcinali drzewa przy ulicach.

na wprost bramka wejściowa do parku - po prawej budynek schroniska - Edward Wyroba - 1958 rokJak już wspomniałem, babcia Zosia trzy razy dziennie sprawdzała stan wody w zbiorniku miejskiego wodociągu…
Kiedy już nieco podrosłem, robiłem to za nią.
Trzeba było otworzyć ciężkie metalowe drzwi, ustabilizować pływak i na listwie odczytać ilość wody w zbiorniku.
Najbardziej lubiłem biegać tam w okresie letnich upałów, bowiem wtedy wewnątrz budynku było lepiej, niż dzisiaj w najlepiej klimatyzowanym pomieszczeniu…
Nie mogę też pominąć faktu, że czynność ta zajmowała mi znacznie więcej czasu niż Babci, bowiem idąc /w obydwie strony/, musiałem przejść obok klatek ze zwierzętami i ptactwem /tzw. mini ZOO/.
Kiedy już jestem przy zbiorniku wodociągów miejskich, muszę również dodać, że ogromną ilość ziemi, którą trzeba było wybrać pod zbiornik na wodę, wykorzystano do budowy kopca im. Adama Mickiewicza, oddanego mieszkańcom do użytku w setną rocznicę napisania przez Poetę „Pana Tadeusza”.

Plac zabaw - 1965 rokW swoich wspomnieniach nie mogę pominąć placu zabaw dla dzieci, z którego przecież sam na co dzień korzystałem.

Przy wejściu była huśtawka z dwoma łodziami, które – pomimo swojego ciężaru – często uderzały o ich zadaszenie.
Plac zabaw - 1963 rokDalej drewniany domek z osiatkowaną wolierą, które kryły wszelkie możliwe zabawki, o zakup których dbali kolejni gospodarze miasta.
Chyba łatwiej byłoby mi wymienić, czego tam nie było, od tego co było…
Bowiem było – jak na tamte czasy – wszystko, od gier planszowych, kart do Piotrusia, kredek, brystolu i innych przyborów szkolnych, poprzez grabki, łopatki, wiaderka do piaskownicy, na hulajnogach i rowerkach skończywszy.
I najbardziej właśnie „okupywałem” rowerek…
Może dlatego na rowerze jeździłem, nie mając jeszcze skończonych czterech lat.

Często, kiedy chciałem odsapnąć, zajeżdżałem pod fontannę, aby popatrzeć jak wodą tryskają zwierzaki – żaba, żółw, wąż
/i urwijcie mi głowę, ale nie pamiętam, co… czwarte/.

Parę lat później od placu zabaw ważniejsze były już altany, bo to w nich przeżywaliśmy pierwsze randki.
Palma z zamku w Żywcu-park z mini ZOO-Mieczysław WyrobaWtedy obok murowanej, drewniana była tylko jedna, ta po lewej stronie alei głównej.
Czas biegł, zwłaszcza w parku, bardzo szybko.
Tak szybko, że nawet nie pamiętam, kiedy w naszym „jadłospisie” pojawiły się pierwsze procentowe trunki?
Ale to w zasadzie wraz z nimi zaczęliśmy gościć się w… „małpim gaju”.
Niewielu z Was pewnie pamięta ten gęsto zarośnięty kącik, z małym placykiem pośrodku, na którym – w zależności od potrzeb – ustawialiśmy parkową ławeczkę, albo dwie.

I w zasadzie na tym mógłbym zakończyć, gdyby nie kilka faktów nierozerwalnie z historią parku związanych.

Zacznę od Burka, psa, który kolorem sierści i budową był kopią lisa.

Niestety, tylko nogi, chociaż też rude, miał wysokości nóg wilczura.
Jednak to nie stało na przeszkodzie aby swoimi umiejętnościami mógł zadziwiać wszystkich.
Podstawową było wyczuwanie „mundurowego” na kilkanaście metrów przed wejściem do parku, co oznajmiał szczekaniem i warczeniem.
Miał też Burek sąsiadkę, która tylko dla niego chowała kury!
Dlaczego?
Bo, kiedy tylko usłyszał gdakanie – odgłos najczęściej informujący o zniesieniu jajka – natychmiast wychodził ze swojego legowiska i biegł przez dziurę w ogrodzeniu do kurnika, aby po chwili wrócić z całym jajkiem w pysku, które konsumował dopiero na miejscu.
Umiał też, zwłaszcza w okresie przedświątecznym, kiedy zakupy nie mieściły się w torbie, tak wyjąć z pomiędzy uszu torby kiełbasę krakowską bądź szynkową i przynieść do parku, że sąsiadki dopiero w domu zauważały, że „… chyba nie zabrałam ze sklepu „u Pajdeckiej?”
Był też najlepszym bodyguard’em babci Zosi.
Np. kiedy nawet osiem godzin pieliła grządki /tam gdzie dzisiaj mieszka miejska „elyta”/, leżał przez cały ten czas pomiędzy rządkami, ukryty w ziemniakach bądź fasoli i pilnował, aby nikt się do jego Pani nie zbliżył.
Po prostu, był Burek artystą swojej rasy!

Nie mogę też nie wspomnieć kotki Kaśki, która straciła lewą przednią łapkę w sidłach.

Co jednak wcale nie przeszkadzało jej atakować każdego psa /od ratlerka do doga/, wprowadzanego do parku bez smyczy.
Najczęściej wtedy skakała na swoją ofiarę z kuchennego okna, w zachodniej ścianie budynku.
Co jednak też istotne, ta sama Kaśka z Burkiem jadła z jednej miski i spała zwinięta w kłębek pomiędzy jego nogami.
Ławka parkowa - Robert-Edward Wyroba 1958 rok
Na koniec, chociaż ta historia wręcz nie ma związku z parkiem, podzielę się nią z Państwem, bowiem wzruszyła mnie lat temu bardzo dużo i do dzisiaj bliska jest mojemu sercu.

Otóż, pisałem wcześniej o przygotowywaniu przez pracowników Zakładu Zieleni Miejskiej sadzonek, którymi corocznie obsadzali oni parkowe oraz miejskie skwery i rabaty.
Ale przyszedł czas na nowe trendy.
Te zaś wiązały się z zakupami.
I tak swego czasu gmina zakupiła – jeżeli dobrze pamiętam – dwa tysiące cebulek tulipanów, które pracownicy ZZM wysadzili na rabatach w rynku, przed samą farą.
Na drugi dzień rano ktoś odkrył, że wszystkie te cebule zostały ukradzione.
Niestety, nie tylko rynek nie był wówczas monitorowany.
Dlatego inny ktoś pobiegł do Naczelnika Miasta – pana Mariana Skrzypczaka i nalegał, aby ten zawiadomił o kradzieży milicję.
Nie wiem, czy ktokolwiek ustaliłby delikwenta „częstującego” się miejskimi cebulkami tulipanów /obserwując dzisiejszą „ciężką pracę” policjantów, mogę domniemywać, że nie/?
Tego jednak się nie dowiedzieliśmy, bowiem pan Marian Skrzypczak chwilę się zastanowił, a potem powiedział, że… po co milicja, kiedy przecież nikt tych cebulek nie zje, tylko posadzi we własnym ogródku, a to spowoduje, że miasto będzie jeszcze ładniejsze.
Jeszcze w tym samym dniu Urząd Miejski kupił kolejne cebulki, a pracownicy ZZM zasadzili w miejsce tych „pożyczonych”, których już nikt nie „pożyczył”, bo się obawiał, że milicja rynku pilnuje.
Tym sposobem, kilka miesięcy później miasto naprawdę było ładniejsze, kiedy w przydomowych ogródkach zakwitło te bodaj dwa tysiące tulipanów więcej.

Dlatego ten materiał nie tylko babci Zosi i swoim Rodzicom dedykuję…
Panu Marianowi Skrzypczakowi, wraz z życzeniami zdrowia – również…

Edward „Scorpion” Wyroba
Prawa autorskie do całości materiału zastrzeżone.

 

. . .


………………………………………………………………………………………………………………………………….

(scorpion)
NAPISZ DO MNIE: KONTAKT