Wadowice

n/a°C

" ... Największym niebezpieczeństwem jest,
kiedy się człowieka zniewala mówiąc mu jednocześnie
że czyni się go wolnym.
Temu musimy zapobiec." Karol Józef Wojtyła.
scorpion
kontakt wcieniusanpietro.blogspot.com zbyszekjurczak.pl wadowiceonline.pl pałacowy bajkopisarz blog dziadunia obywatel wadowic tatoo-krakow.com inicjatywawadowice.pl wadowickie ciekawostki cedron news
Start » "... Łajdacka polityka" » Powtórka z… „rozrywki”!
Powtórka z… „rozrywki”! wtorek, 20 Styczeń 2015, godz. 09:35

Fałszywa opozycjaKiedy słyszę, że nowy burmistrz Wadowic, w zasadzie obok krakowskiego kolesiostwa nie robi nic poza straszeniem procesami sądowymi, to nie tylko utwierdzam się w przekonaniu, iż przejął w spadku dokładnie wszystko po swojej poprzedniczce i jej watasze. Takim postępowaniem „… dr prawa” – jak reklamował się na wyborczych banerach – utwierdza mnie również w przekonaniu, że nie tylko nie zna prawa, w tym konstytucyjnego, ale też, że za idiotów ma… nas wszystkich.

Będzie włóczył ludzi po sądach, bo podobno on… nie chciał!
Kasy!
On podobno chciał tylko podyskutować?
Na początek pytam więc – o czym?
Bo analizując tekst panocka „doktora prawa” – „Wysokie zarobki burmistrza Wadowic?” – nawet nie może przez myśl przejść nic innego, jak… kasa!
I to nie tylko przez ten płacz…
Ile to nie miał na uczelni, o czym ks. Józef Tischner też powiedziałby pewnie „… gówno prowda”?

Ale i ten wywód o… „szaleńcach”…
Zanim zacytuję – zapytam…

0000_Socjotechnika wrednego kłamcy!Burmistrzu, jak to z tym twoim wrzeszczeniem o ogromnych zarobkach twoich poprzedników, a dla ciebie to prawie o 100 % za mało?
I po co w ogóle ten temat ruszałeś?
Nie tylko przed kampanią wyborczą!
W materiale, którego tytuł powyżej, a fragmenty poniżej – „tyż”!
Więc może, aby nie trzymać burmistrza dłużej w emocjach, zacytuję obszerne fragmenty…

„… Będąc młodym pracownikiem nauki, z doktoratem i licznymi stypendiami oraz nagrodami za osiągnięcia naukowe, miesięcznie „na rękę” zarabiałem i 5.000 zł (Ile razy miałeś aż taką kasę? – przypis autora). Jednocześnie do odpracowania miałem tzw. pensum, a więc stosunkowo niewielką ilość godzin w półroczu, kiedy prowadziłem zajęcia ze studentami. Moje stałe koszty życia, na które składało się przede wszystkim mieszkanie w Krakowie, wynosiły około 600 zł (Można zapytać, gdzie? Bo chętnie wezmę! Tylko nie proponuj wspólnego pokoju w 10. bądź noclegu pod „Dębnickim” albo „Grunwaldzkim”… – przypis autora). Do dyspozycji miesięcznie miałem więc: ok 4.400 zł. Były to niezłe pieniądze, wiążące się z niskimi kosztami życia i czasem na rozwój naukowy.
Kiedy zaangażowałem się w działalność publiczną, stałem się osobą rozpoznawalną jako społecznik, w moim życiu zaszły dość radykalne zmiany. Zdecydowałem wówczas, że wybieram Polskę w miejsce emigracji, a zatem zaciągam kredyt i kupuję jednopokojowe mieszkanie w Krakowie. Moje koszty stałe wzrosły więc poważnie do 1.500 zł (kredyt + czynsz). Zbiegło się to niestety ze zmianami strukturalnymi w polskiej nauce, wywołanymi katastrofalną reformą Minister Kudryckiej. „Reforma” wygasiła zewnętrzne źródła finansowania mojej działalności naukowej, a wielu kolegom-naukowcom po prostu podcięła skrzydła. Mimo to, z dietą radnego i rosnącą powoli pensją adiunkta UJ, otrzymywałem około 4.000 zł miesięcznie. Do dyspozycji miesięcznie miałem więc: ok 2.500 zł.
Z powyższego zestawienia wynika jasno, że działalność społeczna w wymiarze finansowym po prostu się nie opłacała – wiązała się bowiem z pobytem w kraju, który redukował strumień środków pieniężnych płynących do młodych naukowców (Kto ci kazał? – przypis autora). Tym bardziej więc była działalnością społeczną. (…).
Nowa praca i stare życie oznaczają że na utrzymaniu będę miał nie tylko mieszkanie w Krakowie, ale również w Wadowicach (Kto ci każe utrzymywać? Sprzedaj na razie obydwa i śpij w… magistracie! – przypis autora). To razem koszt, optymistycznie licząc, ok. 2.500 zł. Na uczelni biorę urlop, więc pensja uniwersytecka znika. Zamiast wypracowywać pensum i mieść ponad pół roku wolnego dla siebie, będę pracował po 8-10 godzin codziennie, a pewnie i w wiele weekendów (Chcieli cię powiesić, jak nie będziesz kandydował, czy sam podjąłeś taką decyzję? – przypis autora). Do dyspozycji miesięcznie zostanie mi zatem: 5.500 zł, a więc jedynie 3.000 zł więcej niż otrzymywałem na UJ (Złóż mandat i wracaj na UJ, to ci się poprawi! – przypis autora). Czyli w pracy, gdzie sam sobie organizowałem czas, nie musiałem się niczym stresować i ponosiłem nieproporcjonalnie mniejszą odpowiedzialność za własne decyzje. Gdzie tutaj jest więc motyw finansowy (Trzeba było pytać przed wyborami a nie po, to wyborcy by ci odpowiedzieli! – przypis autora)?
Oczywiście każdy z Was może odnieść te cyfry do siebie i powiedzieć, że sprzedałby mieszkanie w Krakowie, a w Wadowicach mieszkał z rodzicami, babcią i wujkiem, żeby zaoszczędzić. Jednak w tym miejscu odnoszę się do historii własnych zarobków i własnego życia, bo to ona miała dla mnie znaczenie przy podejmowaniu decyzji, czy do polityki idę dla mamony, czy dla ideałów. Uwzględniając wszystkie wymienione czynniki, nie sposób powiedzieć, że na byciu burmistrzem się obłowiłem. Jasno widać więc, że nie kasa była tu argumentem za podjęciem decyzji o politycznym zaangażowaniu (Patrz poniżej i odpowiedz na pytanie – tylko co jak nie kasa? – przyp. autora).
Powiem więcej, w dzisiejszej Polsce bycie burmistrzem (przy założeniu, że nie zamierza on wykorzystywać swojego urzędu dla prywatnych korzyści) to w gruncie rzeczy robota dla… społeczników lub… szaleńców.
(…) Pytanie, jak to się zatem dzieje, że w ogóle ktoś chce być burmistrzem, wójtem itd? Przecież to się nie opłaca! Podpowiadam dwa tropy: nie każdy ma kompetencje i ambicje, by sięgać po coś innego, niż narkotyk władzy, który często w małej gminie dosłownie leży na ulicy. No i pensja burmistrza, jak czasem nieśmiało sugerowałem, nie zawsze jest jedynym źródłem dochodu zajmującej to stanowisko osoby. Wnioski? Systemowe zwiększenie pensji wójtów i burmistrzów co najmniej o 10 tys. zł mogłoby spowodować, że do polityki poszliby ludzie lepiej wykształceni i nastawieni bardziej altruistycznie, którzy dzisiaj często zarabiają bardzo dobrze gdzie indziej (To po co pchają się do polityki a potem ryczą z żalu, jak głodne krowy na sąsiadowej łące? – przypis autora). Zatem, oszczędności na tym stanowisku – paradoksalnie – wydają się promować niską jakość samorządowej klasy politycznej.” – koniec cytatu.

To byłoby na tyle…
A teraz, obok pytań zadanych powyżej, będę pytał jeszcze…

W którym miejscu tego teksu miał on skłaniać do dyskusji o zarobkach?
Bo dla mnie w żadnym!
Po prostu autor sugeruje – do tego w mojej ocenie nieuczciwie – ile to „biedak” stracił na własnym wyborze i podsuwa po chamsku również własny pomysł na wyrównanie mu tych rzekomych, wyimaginowanych strat!
I jak chce, to niech pędzi do sądu z tym materiałem…
Czym wcale mnie nie zdziwi!
A co będzie dalej – zobaczymy!

Nawet powiem więcej!

Dla mnie jest po protu oszustem, kłamcą!
Który m.in. łżąc niczym bura suka w kampanii wyborczej wiedział, iż tylko jego fałszywe oskarżania pozwolą, że… wygra te wybory na zasadzie… wyboru mniejszego zła!

Chociaż dla mnie jest takim samym złem dla tego miasta i jego mieszkańców, jakim była jego poprzedniczka!

I już na koniec dodam, iż czekam, kiedy nareszcie wyjaśni ten swój „społeczny” lobbing?

Którym to wyjaśnieniem straszył na kilka godzin przed ciszą wyborczą, kiedy w swoim wywiadzie na „hasło” lobbing odpowiedział: „… Fałszywka, o której źródłach powiem nieco więcej po wyborach.”?
I co?
Fałszywka?
Tylko czyja?
Czy aby na pewno… dziennikarzy?

Bo może nie wie, iż m.in. bardzo chcę wiedzieć, dlaczego przez dwa lata tak naiwnie ukrywał przed wyborcami tę… pożyczkę od rektora?
Wszak chyba nie wmówi ani mnie, ani sądowi, że on – „dr prawa” – nie wiedział, iż powinien wpisać ją do oświadczenia majątkowego?

No?
Czekam!

(scorpion)
NAPISZ DO MNIE: KONTAKT