Wadowice

n/a°C

" ... Największym niebezpieczeństwem jest,
kiedy się człowieka zniewala mówiąc mu jednocześnie
że czyni się go wolnym.
Temu musimy zapobiec." Karol Józef Wojtyła.
scorpion
kontakt wcieniusanpietro.blogspot.com zbyszekjurczak.pl wadowiceonline.pl pałacowy bajkopisarz blog dziadunia obywatel wadowic tatoo-krakow.com inicjatywawadowice.pl wadowickie ciekawostki cedron news
Start » "... Łajdacka polityka" » Prawdą między oczy…
Prawdą między oczy… niedziela, 25 Styczeń 2015, godz. 21:18

AgawyDzisiaj wzięło mnie na… park.
Ale nie będzie o tym, o czym piszą wszyscy, kiedy zakupiono tereny na „Górnicy”, kiedy powstał, kto sadził pierwsze drzewa i budował „schronisko” w latach 1909-1914… Nie będzie też o TUMWiO, chociaż nie całkiem, bo… „tu urodzony Mietek Wyroba i ożeniony” był 😀.Edek z Irką
Zresztą, nie wiem też dlaczego rok 1914 przyjmuje się za ukończenie budowy tego budynku, kiedy jeszcze pod koniec lat ’50. ub. wieku jego budowa nie była zakończona, co doskonale widać na fotografii po prawej.
Dlatego będzie tylko o tym, o czym nikt nie pisze ani nie mówi, a jeszcze najczęściej faktom zaprzecza… Czyli o prawdziwej świetności Parku Miejskiego w Wadowicach w okresie przed- w czasie- i powojennym…

Bacia Zosia- dziedek Rudolf i Tata 1932 rokBo tak się akurat składa, że w zasadzie budynek w parku posadowiony nigdy nie był tym zakładanym przy jego budowie… „schroniskiem młodzieżowym”. Jego budowę niby ukończono już w czasie I wojny światowej, po której zaczął pełnić rolę pomieszczeń mieszkalnych dla gospodarza parku.
Od samego początku podlegał on burmistrzowi, a potem naczelnikowi miasta. Od zakończenia działań wojennych do 1933 roku obowiązki te pełnił Rudolf Wyroba
(na fotografii po lewej z żoną Zofią i synem Mieczysławem – rok 1932), weteran wojenny a zarazem mój dziadek, którego nigdy nie dane było mi poznać.Poświęcenie budowy zbiornika wodociągu miejskiego - 1932 rok.
Obok prac porządkowych, a po 1934 roku także kontroli stanu wody w zbiorniku miejskich wodociągów
(poświęcenie jego budowy w 1932 roku, na fotografii po prawej), do obowiązków gospodarza parku należała także m.in. troska o zwierzęta w Park był ogrodzony i zamykany na noczlokalizowanym na terenie parku mini-zoo, troska o prawidłowe działanie placu zabaw i wypożyczalni zabawek oraz zamykanie parku późną nocą, a także jego otwieranie wczesnym świtem (na zdjęciu z lewej widoczna mała bramka wejściowa).

Od przedwczesnej śmierci Rudolfa Wyroby, która – z powodu ran odniesionych podczas wojny – nastąpiła w 1933 roku, obowiązki te zlecono Jego żonie a mojej babci, Zofii Wyroba. Tu dodam, że w parku przyszła na świat trójka dzieci z tego małżeństwa: najstarsza córka Stanisława urodziła się tam w 1917 roku, średni syn – Robert w 1921 roku i najmłodszy Mieczysław w roku 1928 (mój Tata).

Że nie było w parku asfaltu, czy… granitu, to fakt. Ale park był miejscem nie tylko ekologicznych spotkań wadowiczan, ale też i zabawy wadowickiej dziatwy i również w ekologicznych warunkach.
I były ekologiczne huśtawkiHuśtawki w formie łodzi (po lewej) były wygodne, drewniane, a nie jak dzisiaj obwieszone na łańcuchach opony, trujące dzieci i środowisko.Domek Zabaw kopia
W tzw. Domku Zabaw
(po prawej), pracowała na dwie zmiany jego obsługa, która wypożyczała dzieciarni zakupione przez ratusz zabawki, od łopatki, grabek i wiaderka począwszy, które służyły do zabawy w ogromnej piaskownicy, by na hulajnogach i rowerkach zakończyć. Sam tam nauczyłem się jeździć na jednośladzie.

Tata z pawiemTam też rozpoczęła się moja przygoda ze zwierzętami. I to nie tylko tymi zasiedlającymi parkowe mini-zoo, jak np. pawie, bażanty, sarny czy lisy, aleSarny też w parku były również z „ratuszowymi” końmi, które w godzinach pracy wykorzystywano przy pracach pielęgnacyjnych oraz porządkowych.

I był też już Kopiec im. Adama Mickiewicza, usypany Wieszczowi na 100. Rocznicę Pana Tadeusza z ziemi wybranej pod zbiornik wodociągów miejskich. Nie miał co prawda chodnika wyłożonego płytami betonowymi, tylko… wysypany utwardzonym drobnym I stałem na nie wyłysiałym kopcu - 1969 rokżwirkiem. Ale też nigdy nie był jak dzisiaj łysy i „lśniący” plastikową siatką oraz błotem, zamiast jak w tamtych latach… zielenią!
To z niego rozpościerał się przepiękny widok nie tylko na miasto, ale też naPoniemieckie baraki za parkiem widziane z kopca poniemieckie baraki usytuowane poniżej parku, w kierunku Zawadki, tam gdzie dzisiaj zabudowano domkami jednorodzinnymi oraz na całe pasmo Beskidów.
W zawsze odmalowanej Muszli Koncertowej regularnie odbywały się koncerty, najczęściej orkiestry wojskowej, a betonowa altana (foto nieco niżej, po prawej) lśniła bielą i czystością.

SzklarnieObok budynku gospodarza parku stały jeszcze sprzed wojny szklarnie, w których zatrudnieni tam ogrodnicy przygotowywali sadzonki kwiatów w ilościach wystarczających na coroczne upiększanie miasta. Zawsze robili to od podstaw i najczęściej z nasion zebranych późnym latem i jesienią z kwiatów kwitnących zarówno w parku jak i na miejskich kwietnikach. Obok szklarni pomocne do tego celu były tzw. inspekty, zlokalizowane na pierwszym placu nad domem gospodarza, a poniżej placuW parku były jednak ławki koncertowego przed Muszlą, który zapełniały ławki. Zresztą ławki, zawsze zadbane i odmalowane, wcześniej na biało, później w różnych kolorach, „rozsiane” były dosłownie wszędzie, nawet w tzw. „banderozie”, służącej młodym wadowiczanom do wypicia czegoś mocniejszego, zapalenia papieroska, a zdarzało się, że i również na bardziej… intymne spotkania.

PalmiarniaW okresie II wojny światowej pośrodku trzech niskich szklarni postawiono tzw. „łącznik”, górujący nad „sąsiadkami” prawie o dwie ich wysokości, który służył do zimowego przechowania palm sprowadzonych przez hitlerowców do Wadowic z żywieckiego zamku. Tych samych, które przetrwały nie tylko większą cześćAltana betonowa okupacji hitlerowskiej i cały okres powojenny do zmian ustrojowych, a które ususzyła „demokratyczna” władza. Tak samo zresztą jak „ususzyła” cały Zakład Zieleni Miejskiej, o czym jeszcze kila słów na koniec tego materiału…
Tu z historycznego obowiązku muszę dodać, że do budowy fundamentów pod palmiarnię wykorzystano cześć kamienia z burzonej przez hitlerowców synagogi, która usytuowana była przy ul. Gimnazjalnej, w miejscu, w którym dzisiaj stoi w zasadzie pierwsze, najstarsze w mieście świeckie przedszkole. Resztę „materiału budowlanego” z synagogi hitlerowcy dosłownie utopili w bagnie ówczesnej ulicy parkowej (dzisiaj Aleja Wolności), w miejscu vis a vis którego stoi Willa Józefówka. Wszak było to miejsce po opadach deszczu praktycznie nieprzejezdne, a nie zapominajmy, że ul. Parkowa była w okresie okupacji ul. niemiecką.
I pewnie też dlatego, w myśl zasady, że „pod latarnią najciemniej”, była też ulicą z dobrze zorganizowanym ruchem oporu.
Co prawda to stamtąd jeszcze w 1939 roku, hitlerowcy zabrali i zamordowali członków organizacji „Orzeł Biały”, z wszechstronnie uzdolnionym i dobrze zapowiadającym się artystą – Wincentym Bałysem, ale to też tam zatrudnienie znalazło wielu, którzy dostali już wezwania na roboty do Niemiec, do której to grupy zaliczał się również mój Tata i to dosłownie na drugi dzień, po ukończeniu 12. roku życia. Zainteresowani historią miasta wiedzą również, że stojącą do dzisiaj w parku figurę Matki Bożej uratowali przed zniszczeniem pracownicy tego właśnie zakładu ogrodniczego, wywożąc ją pod osłoną nocy na miejscowy cmentarz parafialny. Ale trzeba też oddać i to, iż wiele tych pozytywnych poczynań nie byłoby możliwe, gdyby nie życzliwość do Polaków ówczesnego niemieckiego gubernatora Wadowic o nazwisku Shella, mieszkającego w kamienicy Leopolda Pacelta, dosłownie naprzeciwko parku.
Że był to człowiek naprawdę dobry niech świadczy fakt, iż aby nie brać na siebie ciężaru zbrodni na mieszkańcach miasta, popełnił samobójstwo, po którym jego żonę wywieziono pod silną eskortą do Niemiec a dwóch synów natychmiast, prosto z Wadowic wysłano na Front Wschodni.

Jak napisałem wcześniej, nad wszystkim co działo się w parku czuwał gospodarz, a odkąd pamiętam – w zasadzie gospodyni parku. Bo to moja Babcia od 1934 roku nie tylko dwa razy dziennie sprawdzała na specjalnym pływaku stan wody w zbiorniku miejskiego wodociągu, przekazując swoje ustalenia do stacji pomp…
Gmina miała też swoje konieKarmiła też parkowe zwierzaki, a także wspólnie z załogą ZZM wycinała trawę na parkowych alejkach, pieliła rabaty, rozsadzała sadzonki a później je podlewała.Wuje Robert z Danka i pawicą Nadto, że park był ogrodzony, po godz. 23:00 zamykała wszystkie jego bramy, aby już przed godziną 5:00 rano znowu je otworzyć. Nigdy też nie zapomniała zajrzeć na plac zabaw, aby doglądnąć bawiącej się tam dzieciarni i zamienić kilka słów z paniami dbającymi o bezpieczeństwo bawiących się i obsługującymi wypożyczalnię.

Myślę, że warto tu zwrócić uwagę, iż plac zabaw traktowany był przez rodziców jako jeszcze jedno w mieście przedszkole, gdzie przyprowadzali swoje pociechy, zostawiali pod opieką obsługi placu zabaw, a sami pędzili bądź to do pracy bądź na zakupy.
By opis ten dopełnić dodam, że nigdy nie doszło podczas zabawy do żadnego wypadku, w którym ucierpieliby bywalcy tego największego ośrodka zabaw w mieście.

Oczywiście, w okresie zimowym plac zabaw nie funkcjonował, ale nie marnowano tam czasu. Naprawiano zabawki, rowerki, hulajnogi, huśtawki oraz remontowano i przygotowywano do kolejnego sezonu sam domek…
Zima była również tym okresem, w którym pracownicy Zakładu Zieleni Miejskiej obok prac w szklarniach prowadzili też kompleksowe obcinanie wszystkich drzew w mieście, bez względu na to, iż na zewnątrz w tamtych latach temperatury sięgały czasem poniżej minus 20 st. Celsjusza…
Fontanna działała codziennie a nie od świętaWracając jednak jeszcze do okresu nie zimowego przywołam fontannę, która była czynna zawsze – a nie jak dzisiaj, tylko od święta – aby jej zwierzaki cieszyły dzieci i rodziców.

I cała ta działalność w parku zakończyła się w roku 1976.
Babcia i Stryj z rodziną wyprowadzili się do swojego nowego domu w Choczni, a załoga Zakładu Zieleni Miejskiej do nowoczesnego jak na ówczesne uwarunkowania techniczne, obiektu ogrodniczego przy ul. Batorego.
Gerbery
Tam, obok wszystkiego, co robiono dotychczas, rozwijano nową działalność, włącznie ze szkoleniem pod okiem fachowców z 40. letnim stażem pracy, nowej kadry ogrodniczo-szkółkarskie.
Kosz kwiatowyRozpoczęto m.in. produkcję nowalijek i kwiatów na wadowickie stoły, a w zieleni miejskiej wprowadzono wiele nowości, począwszy od pozyskania dotychczas nieznanych u nas krzewów i drzew ozdobnych, na dużych ozdobach kwiatowych, zdobiących centrum miasta skończywszy.
Niestety, nastała „demokratyczna” władza!
Władza, która zniszczyła funkcjonujący zaledwie kilkanaście lat nowoczesny zakład zatrudniający 20. pracowników i szkolący podobną ilość uczniów… Zakład, który z dużym jak na ówczesne warunki zyskiem dla budżetu gminy zapewniał nie tylko kompleksowe upiększanie Wadowic, ale też nowalijki (m.in. sałatę, pomidory, ogórki, szczypior, koper) na stoły mieszkańców i kwiaty (gerbery, frezje, róże, tulipany, żonkile, mieczyki, hiacynty oraz popularne w tamtych latach goździki) na różnego rodzaju rodzinne i firmowe imprezy. I wszystko to w cenach znacznie niższych od tych, które proponowali okoliczni producenci.
Czy dlatego stał się „solą w oku” lokalnej władzy?
Bo padł jako pierwszy, co skutkowało, że budżetowe zyski Zakładu Zieleni Miejskiej zastąpiły solidne wydatki z tego samego budżetu na firmy zewnętrzne, zatrudniane przez włodarzy Wadowic do dbania o miejską zieleń.
Tata pod palmąWtedy na zawsze już zniknęły w mieście krokusowe, tulipanowe i różane skwery, zniknęły rabaty z kwiatami sezonowymi, „ususzono” pohitlerowskie palmy oraz agawy, rododendrony, azalie, srebrne świerki i wiele innych gatunków. Zniknęły też z rynku kosze, dzbany i łuki, każdego roku obsadzane wielokolorowymi gatunkami specjalnych dla takich nasadzeń kwiatów.

I ktoś ma czelność mówić, że poprzednia władza zostawiła park w runie?
A czymże on jest dzisiaj?
Ruiną do potęgi… „entej”!
Obrazem nędzy i rozpaczy!
Obrazem władzy samorządowej tego miasta!
Miejscem, do którego strach iść z rodziną, że o dzieciach nie wspomnę!
Bo nie tylko w łeb można dostać, na chodnikach nogi połamać, ale nawet
– pomimo regulaminowego zakazu jazdy po parku nawet rowerem /nie dotyczy dzieci/ – można zostać rozjechanym przez jeden z licznych samochodów tam grasujących, bo obecni dysponenci parku – i przykro, że wraz z Policją – uważają, że ich ten zakaz nie obowiązuje. Może więc nowy burmistrz zrobi z funkcjonującego tam nielegalnie parkingu, taki legalny, dochodowy dla gminy… Będzie kasy, że ho, hoo, hooo…
A na ile… kanapek wystarczy?

P.S. Wszystkie fotografie, potwierdzające fakty tu opisane, pochodzą z archiwum mojego taty – Mieczysława Wyroby, który od 12. roku życia (ratując się tym samym przed wywózką na roboty do Niemiec), aż do uzyskania praw emerytalnych pracował w Zakładzie Zieleni Miejskiej.

(scorpion)
NAPISZ DO MNIE: KONTAKT