Wadowice

n/a°C

" ... Największym niebezpieczeństwem jest,
kiedy się człowieka zniewala mówiąc mu jednocześnie
że czyni się go wolnym.
Temu musimy zapobiec." Karol Józef Wojtyła.
scorpion
kontakt wcieniusanpietro.blogspot.com zbyszekjurczak.pl wadowiceonline.pl pałacowy bajkopisarz blog dziadunia obywatel wadowic tatoo-krakow.com inicjatywawadowice.pl wadowickie ciekawostki cedron news
Start » Takie różne z życia wzięte... » Spotkanie z… niebytem!
Spotkanie z… niebytem! sobota, 19 Maj 2018, godz. 13:46

00000000000Czwartek, ten miniony, pochmurny, byle jaki…
I oko w oko ze mną staje facet…
On patrzy, jakby czegoś oczekiwał, ja – mierząc przed sobą przestrzeń wypełnioną… powietrzem!
Po chwili z jego ust pada: „Dzień dobry panie Wyroba”
A zaraz potem idiotyczny przytyk z pytajnikiem: „… jakie to czasy nastały, że starszy młodszemu się kłania?”.

Facet nie mógł pojąć, że kłaniam się tylko ludziom mi znanym, a już na pewno nie tym, którzy dla mnie nie dają się rozdzielić od… powietrza…
Po prostu takie nic, czy to małe czy wielkie, zawsze traktuję jako… nic!
Wręcz mniej niż zero!

I nagle to „powietrze”, to nic, to zero, pyta mnie: „… jak długo jeszcze będziesz się gniewał?”.
Pytanie idiotyczne…
Bo ja się nie gniewam…
Zwłaszcza, że trudno gniewać się na coś, co dla mnie po prostu nie istnieje, a jeżeli już, to jak napisałem wyżej – w formie nie dającego się widzieć powietrza, do tego dosyć stęchłego, od którego najlepiej trzymać się jak najdalej…

I chyba zrozumiał, bo zdenerwował się do tego stopnia, że bezczelnie zapytał:  „a kim ty byłbyś beze mnie?”.
I wiecie, nie wiedziałem, czy śmiać się, czy płakać?
Bo ubaw miałem po same pachy!
Trudno było więc nie zapytać – „… a cóż takiego ci zawdzięczam?”.
Na to on: „… a Nad SKAWĄ?”.
Tu dojebał strasznie…
Ale samemu sobie!

Bo zanim sam zacząłem to pismo wydawać, ja tylko robiłem jego skład komputerowy, a on był wydawcą i o ile dobrze pamiętam, nie był nawet redaktorem naczelnym, bo to tchórz, jakiego drugiego w swoim życiu nigdy więcej nie spotkałem…
Ale zawsze na cudzym grzbiecie!

Wróćmy jednak do tego składu komputerowego…
Bo zdarzyło się, że będąc chory, zrobiłem dla kolejnego numeru gazety i…
Czekałem kiedy ukaże się w kioskach…
Codziennie dzieci posyłałem, aby kupiły, ale gazeta się nie ukazała!
I zdarzyło się, że w tej chorobie odwiedził mnie członek redakcji, nieżyjący już kol. Andrzej Buś…
Więc zapytałem, „… Andrzej, a co z gazetą, czemu nie ma jej jeszcze w kioskach?”
Kiedy usłyszałem odpowiedź, zostałem bez słów…

Okazało się, że to to „powietrze”, to nic, to mniej niż zero, ale za to wszem i wobec mieniące się największym opozycjonistą w mieście, zdecydowało o wstrzymaniu druku gotowego już kolejnego numeru pisma, bo…
No właśnie…
Bo nie chciało zadzierać z… Filipiakową!
Ręce mi qrwa opadły!

Pojechałem więc do bielskiego sądu i na własny koszt zarejestrowałem gazetę na siebie, biorąc na siebie również odpowiedzialność jako redaktor naczelny wydawnictwa!
Przede wszystkim dlatego, że temu „największemu opozycjoniście” w mieście strach przed lokalną władzą ścisnął… dupę!
I on będzie mnie dzisiaj pytał, kim byłbym bez niego?
Ale może odpowiem tutaj: człowiekiem bez wyroków sądowych…
Bo kiedy potrzebny był mi w charakterze świadka w sprawach tyczących się materiałów z jego nadania, zawsze był na… saksach!
Tylko, że to akurat mi zwisało, bo czego moglem spodziewać się po kimś, kto zawsze na cudzym grzbiecie budował swoją karierę i swój opozycjonizm?

Nie mogło mi jednak zwisać, kiedy w odpowiedzi na usłyszaną prawdę zaczął nadawać mi od chamów…
Dowiedział się więc krótko i na temat – że właśnie wyszedł z niego największy cham, jakiego znałem nie tylko ja – bo zaraz okazało się, że osoby przysłuchujące się naszej rozmowie, również!

I chyba zrozumiał, bo… uciekł!
Tak!
Uciekł, zaskakując nas wszystkich takim finałem naszego pierwszego bodaj od 2015 roku spotkania…

A wiecie dlaczego dopiero teraz o tym piszę?
Bo dopiero dzisiaj zrozumiałem, że przyszedł licząc, iż jak bywało to po wcześniejszych starciach pomiędzy nami, powie miłe słowo, poda rękę i będzie jak dawniej…
Wszak, czy nie do tego zmierzało zadane wręcz na samym początku tego spotkania pytanie: „… jak długo jeszcze będziesz się gniewał?”

Ma jednak mały problem…
Bowiem zadłużenia Towarzystwa, którego jest wiecznym prezesem, na moją rzecz, w kwocie ponad 200. tysięcy złotych nie dochodziłem, bo nie po to to Towarzystwo przez lata budowałem, aby doprowadzić do jego bankructwa, a w konsekwencji do likwidacji…

Ale to, że czuje się tak bezkarny, i uważa, iż nie musi odpowiadać na moje dwa wezwania do porozumienia w sprawie naruszenia osobiście przez niego moich praw autorskich nie świadczy, że sprawę ma z głowy…
Nie, bo to nie sprawa Towarzystwa, ale właśnie autora czynu zabronionego…
Czynu surowo karanego przez sądy…

I właśnie to jego poczucie bezkarności powoduje, że prywatnie już zawsze będzie dla mnie bezmaterią, powietrzem i tym mniej niż zerem, zaś przed sądem tylko, a zarazem aż…  stroną procesową!

Przez co dopiero wtedy, kiedy sąd wyda wyrok, którym zasądzi na moją rzecz to wszystko, co za naruszenie moich praw autorskich się mi należy, będzie mógł zapytać, ale tylko siebie – co sam sobie zawdzięcza?
Wszak to, co zawdzięcza mnie i m.in. kol. Zygmuntowi Krausowi, na którego szkodę w sposób bezczelny działał – mamy w pełni udokumentowane…

A o kim mowa?
Sami zgadnijcie! :)
. . .

………………………………………………………………………………………………………………………………

Edward „Scorpion” Wyroba

 

(scorpion)
NAPISZ DO MNIE: KONTAKT